Życie to koan.

A przynajmniej można tak zdecydować.

Koan to jedna z metod nauczania w buddyjskiej tradycji zen. Zwykle jest paradoksalne pytanie lub opowieść. Koan wybija umysł ze skrępowania. Nie może on zostać rozwiązany przez umysł pełen schematów i programów, używający liniowego myślenia (w zen mówi się: jeśli myślisz, nie potrafisz rozwiązać koanu). Sama jego konstrukcja gwałci logiczne założenia, a tym samym uderza w przywiązania i przyzwyczajenia umysłu, który według zen porusza się w sferze pojęć i wyobrażeń narzuconych mu w trakcie procesu socjalizacji, traktując je jak rzeczywiste zjawiska.

Przykładowy koan:

Jak wyglądała twoja pierwotna twarz, nim narodzili się twoja matka i twój ojciec?

 

Nie zamierzam ściemniać, że potrafię rozwiązywać buddyjskie koany.

 

Alexandro Jodorowsky w swojej książce „Mistrz i Czarownice” opowiada historię swojego syna, Cristobala, który chciał odejść ze szkoły, bo poczuł się upokorzony. Uwziął się na niego Albert, najsilniejszy chłopak w szkole. Był zazdrosny o dziewczynę, która zamiast jego, wybrała Cristobala. W odwecie porozwieszał w szkole plakaty z jego zdjęciem, na których napisał :”żyd, kanalia” i inne. Jodorowsky powiedział synowi:

– To koan. Nie uciekaj od tej sytuacji. Rozwiąż ją.

– Ale on jest najsilniejszym chłopakiem w szkole!

Razem ułożyli strategię. Po rozpoczęciu lekcji Alberta, Cristobal wszedł do jego klasy i ignorując nauczyciela zaczął policzkować zastygłego w szoku nastolatka. Zanim tamten zdążył zareagować, koledzy unieruchomili ich, a nauczyciel zaprowadził do dyrektora. Tam syn Jodorowskiego pokazał jeden z plakatów, które Albert rozwieszał. Zgodnie z planem, Cristobal powiedział, że jest skłonny wybaczyć chłopakowi, jeśli zostanie przez niego publicznie przeproszony. Ponieważ dyrektor zagroził Albertowi wyrzuceniem ze szkoły jeśli nie przeprosi Cristobala, zrobił to przy wszystkich na szkolnym dziedzińcu.

Cyk.

Wyznaję pogląd, że wszystko jest metaforą życia, a życie jest metaforą wszystkiego.

I zastanawiam się, ile razy w życiu zachowywałem się tak, jakby niewygodne wydarzenia, które mi się przydarzały, były Albertem, najsilniejszym chłopakiem w szkole, który się na mnie uwziął, a ja po prostu uciekałem?

Najczęściej odpuszczałem w momencie, który dla syna Jodorowskiego był momentem wejścia do klasy, podejścia do Alberta i spoliczkowania go.

W takich sytuacjach koanowych w mojej głowie oczywiście działy się przeróżne rzeczy, ale gdy dochodziło do działania, różnie z tym bywało.

Czasem policzkowałem Alberta, innym razem stałem przed drzwiami sparaliżowany strachem, nie mogąc zrobić najmniejszego ruchu. Jakby w każdą komórkę mojego ciała wlewała się lodowata ciecz. I zastygała w bezsilnym przerażeniu.

Jakby wyrastał przede mną mur pod niebo, który przybierał postać wszystkich potworów świata, a ja stoję, nie mogę się poruszyć, nie mogę uciec, nic nie mogę, a chcę zniknąć, zapaść się pod ziemię, nie istnieć. Więc udaję, że nie istnieję.

Od kiedy byłem dzieckiem bałem się niemal wszystkiego i niemal wszystko, co robiłem, robiłem po to, żeby się nie bać.

 

Na początku mojej pracy reporterskiej, gdy pisałem do lokalnej gazety, wymyśliłem projekt, który można by streścić tytułem „Ciemniejsza strona miejskich osiedli”. Miałem chodzić po osiedlach i rozmawiać z mieszkańcami: przechodniami, bezdomnymi, menelami, dresiarzami, ale też każdym napotkanym, który miałby do opowiedzenia ciekawą historię w mrocznym odcieniu o danym osiedlu. Całość projektu miała być wyjaśniona w gazecie i przedstawiona jako dodatek do tradycyjnych artykułów.

Na pierwszy ogień poszło „Zatorze”. Dzielnica w dawnych czasach owiana ciemną legendą.

Projekt zbiegł się z akcją gazety: co tydzień na wybranym osiedlu miał być rozstawiony zielony parasol, pod którym reporterzy mieli zbierać tematy bezpośrednio z ulicy. Później tworzyć z owych specjalny dodatek.

Poszedłem. Zebrałem dość udany, moim zdaniem, materiał. Skończyłem pisać przed samym zamknięciem numeru. Mini-reportaż zatytułowałem „Magia Zatorza”.

Następnego dnia na pierwszej stronie gazetowego dodatku zobaczyłem swoje zdjęcie z imieniem i nazwiskiem (jako jednego z reporterów zbierających materiały pod zielonym parasolem). Na następnej stronie mój tekst zatytułowany: „Mieszkańcy Zatorza po zmroku nie wychodzą”. I oczywiście żadnych wyjaśnień co do koncepcji cyklu mini-reportaży.

Tekst został opublikowany również w Internecie. Nigdy nie miałem tylu komentarzy pod swoim tekstem.

75.

I żaden nie był pozytywny.

Większość była w duchu:

brudno w mieście, więc mógłbyś posprzątać, do tego by się nadało takie beztalencie;

twórca tego dzieła chyba pomylił gazety, fakt i super express czekają;

„Ten gryzipiórek za tego gniota dostał jeszcze wierszówkę !.

I tak dalej i tak dalej, a powyższe cytaty to raczej lekki kaliber. 75 razy.

Ale był też miły akcent:

„Ludzie zatorze to zatorze ku*wa kto nie jest stąd to nie wie i pierd*li głupoty, a kto jest to wie jak jest ;] street life co tu wiecej gadac ;)”.

To był mój pierwszy raz, kiedy zetknąłem się z internetowym hejtem. Mocna rzecz.

Do poniedziałku zwątpiłem całkowicie w sens pisania i wykonywania zawodu reportera. Moja wizja siebie i świata rozpadła się na drobne atomy. Byłem przerażony, zgnieciony na miazgę, pocięty na kawałki, porozrzucany po przeróżnych adresach IP wypełnionych pogardą.

Wziąłem wszystko, łyknąłem i pozwoliłem, żeby cały ten mrok, nienawiść, ból, zawiść i niezgoda płynęły wszystkimi kanałami mojego ciała.

Przybiłem siebie do krzyża i czekałem aż ktoś kolejny mnie opluje.

I najśmieszniejsze i najbardziej dramatyczne jest to, że to wszystko działo się tylko w mojej głowie. Sam sobie stworzyłem to piekło.

Bo każdemu z tych komentarzy nadałem znaczenie. Każdej z tych osób stukających w klawiaturę nadałem prawo do wypowiadania prawd o mnie i moim pisaniu. Każdy akapit połączyłem ze sobą tak, jakbym podłączył pod siebie 75 elektrod pod napięciem. Jakby to była prawda absolutna, a nie ich prawda. Każdą etykietkę, każdy epitet, każde przezwisko, każdą ocenę wchłonąłem w kruchą konstrukcję siebie, jak płonące belki, które podpalają cały dom, albo sztylety, które rozcinają płótno misternego obrazu.

A mogłem powiedzieć: spoko, to wasza opinia.

I wyciągnąć lekcje.

Obraziłem się na redakcje i w poniedziałek przyjąłem postawę:

Chuj. Biorę to na klatę. Idę na śmierć.

W tym czasie koleżanka redakcyjna dwa komputery dalej rozmawiała ze znajomym działaczem na rzecz Zatorza. Mówił, że chętnie mnie pozna jutro pod zielonym namiotem i z kolegami postarają się, żeby przedstawiony przeze mnie obraz dzielnicy okazał się prawdziwy (swoją drogą w samym tekście nic takiego strasznego nie było, ale ludzie widzą to, co chcą widzieć – wtedy o tym nie myślałem).

Poszedłem pod ten namiot.

Szedłem jak komandos na misję samobójczą. Nawet założyłem wojskowe bojówki i szary T-shirt opinający mięśnie na ramionach (pamiętam, ze dzień wcześniej poszedłem na siłownię, żeby poczuć się pewnie, hehe).

Poszedłem okrężną drogą. Pamiętałem, że mają moje zdjęcie.

Szedłem gotowy na wszystko.

A na miejscu?

Stare babcie.

Żadnego cwaniaka.

Zebrałem kilka fajnych tematów od staruszek.

Wielki smok okazał się kulawym psem, co szczeka tak głośno, że z daleka brzmi jak ryk lwa.

I nie bez powodu mówią, że morda nie szklanka.

Bo morda to morda. A szklanka to szklanka.

I tylko nasze myśli, nasze wyobrażenia i fantazje nadają im znaczenie. Halucynują końce świata i piekielne męczarnie. Jeszcze zanim cokolwiek się wydarzy. A najczęściej się nie wydarza. A nawet jak już się wydarzy, to jeśli nie trzymamy się tego kurczowo, to boli, boli i przestaje.

A gdyby tak zrobić z życia koan? Gdyby tak ten strach zamienić na ciekawość? Zrobić sobie taki quest na życie?

Nie uciekaj. Rozwiąż go.

W kategorii: Teksty Inspiracje

0 komentarzy do “Koan”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

BYCIE W LESIE

Spałaś/eś kiedyś w górach? W lesie? Samemu przez dwie, trzy noce? Niesamowite przeżycie. Jedno z wspanialszych, jakich doświadczałem. Może zmienić życie. Mi zmienia za każdym razem, gdy to robię. To trzy dni bycia. Poza szlakami. Read more...

Moja twórczość

Mural

Jadę rowerem przez miasto. Jadę, pedałuję. Słońce świeci. Jesień już. Spieszę się na warsztat. Myślę, kminię. Stresy jakieś. Tyle działań, tyle rzeczy. Tyle planów, tyle marzeń. Tyle ważnego wszystkiego. Tak dużo wszystkiego. Że nie zauważam. Read more...

Teksty Inspiracje

Mistrzostwa Świata w emocjach

fot. Mpho Mojapelo Dobry mecz to emocjonujący mecz. A życie to czucie. Od Homera, przez greckie amfiteatry, rzymskie trybuny, średniowieczne pojedynki, przez sztukę, spektakle, książki, filmy, współczesne sporty, aż po brukowce, politykę, milionowo-odcinkowe telenowele i Read more...