Wigilia. Południe. Caritas w Olsztynie. To mój pierwszy wolontariat w takim miejscu. Mam stać przy drzwiach wejściowych, sprawdzać czy samotni i bezdomni, którzy przychodzą tu na wigilię mają karteczkę z odpowiednią godziną (mają być trzy tury). Ilość miejsc jest ograniczona. Kto się spóźni, nie wchodzi. Po zapełnieniu sali, zamykam drzwi na zamek i gdy ktoś próbuje wejść, mówię, żeby przyszedł później. Smutne, ale chyba tak musi być.

I

W ostatniej chwili wchodzi facet, który ma kartkę na 14.30. Nie wygląda tak jak inni: jest koło pięćdziesiątki, czyste ubranie, nowa kurtka, zadbany plecak, dobra fryzura, proste plecy, chyba trzeźwy. Jeden z wolontariuszy nie chciał go wpuścić, ale on powiedział, że chce tylko posłuchać modlitwy i przemówienia arcybiskupa Górzyńskiego. Stoi więc ze mną w przejściu i słucha. I płacze. Zagaduję. Ma na imię Marek.
I zaczyna opowiadać. Że jest z Biskupca. Że pracował na budowach za granicą. Pewnego dnia wrócił do domu i zastał żonę z innym. Wyszedł jak stał. To było kilka miesięcy temu. Trochę pracował w Warszawie, ale robota się skończyła. Wrócił do Olsztyna, od trzech tygodni śpi po klatkach schodowych. Obszedł chyba wszystkie budowy. Nic. Nie ma pracy. Ma trójkę dzieci, z którymi prawie nie ma kontaktu. Mówi i raz za razem oczy wypełniają mu się łzami.
– Już nie wytrzymuję. Fizycznie nie jest źle, ale mój umysł nie daje rady. Podchodzę na ulicy do kobiety: czy mogłaby Pani pomóc? A ona prawie krzyczy: niech pan odejdzie! I opędza się, jakbym był obrzydliwą pluskwą. Czy ja jestem trędowaty? To boli. Nawet nie wiesz jak bardzo. Jakbym przestał być człowiekiem! Albo pytam pary, a facet: znajdź pan pracę. Przepraszam, ja szukam pracy. Byłem chyba po wszystkich budowach. Mogę robić wszystko, czy pan może mi coś zaoferować? Dbam o siebie. Boże, najbardziej nie chcę się stoczyć, zejść na psy.
Mija pół godziny. Trzeba sprzątnąć i wypuścić gości. Jeszcze dwie następne tury.
Po 15 wyszli ostatni ludzie. Podszedł do mnie Marek.
– Myślałem, że wigilia będzie taka, że porozmawiamy, że będę mógł się otworzyć, pośpiewamy kolędy. A tu bluzgi, szybko, szybko, jedzcie i wychodźcie. Smutno. Przecież to jak Kościół. Ksiądz coś mówi, a ci pijani, przeklinają. Nie rozumiem tego. Przecież tu krzyż wisi.

Ja za chwilę miałem iść się na swoją wigilię. W tym roku zjazd rodziny w domu babci pod Mrągowem. Razem czternaście osób. Bracia pozjeżdżali się ze świata, pierwszy raz też miał być mój bratanek. Już od wielu lat nie mieliśmy takich świąt.
Pytam Marka, czy podrzucić go do Biskupca. Mówi, ze to za wcześnie dla niego. Rano spotkał kobietę pod Tesco. Rozmawiali prawie dwie godziny.
– Miała takie mądre i dobre oczy. Powiedziała, że przyjedzie po mnie o siódmej i weźmie do siebie na wigilię. I może pracę mi załatwi.
Marek pyta, czy podrzucę go do Tesco.
Dzwonię do brata – mieli mnie odebrać razem z żoną i dzieckiem. Zgodził się.

II

Było już ciemno i padał deszcz. Na parkingu pod supermarketem stały może z dwa samochody.
Zadzwoniliśmy do kobiety, która miała zabrać Marka na wigilię. Powiedziała, że to nieaktualne. Marek się rozkleił.
– To będę się zbierał, pójdę. Na klatkę schodową. Przesiedzę tam święta – na policzkach łzy – Sam nie wiem. Jaki sens ma życie bez pracy, bez swojego kąta?

W zasadzie przeczuwałem, że przyjdzie ten moment, ale miałem nadzieję, że może jednak nie. Bo oto jest wigilia, a ja siedzę w samochodzie mojego brata razem z facetem, który jest bezdomny (ale wygląda na porządnego) i mam wybór: albo wypuszczę go, zamknę drzwi, odjadę, a on zostanie na mokrym parkingu i spędzi święta na jakiejś klatce schodowej grzęznąc w beznadziei; albo weźmiemy go ze sobą. I żadne rozwiązanie nie wydaje się być dobre. Bo tak naprawdę: co ja o nim wiem? A jak będzie pił? Jak okradnie? A jak będzie cały czas narzekał? I jakie ja mam prawo o tym decydować: co powie reszta rodziny? Mieliśmy mieć idealne święta, a tu coś takiego. Czemu ta baba spod supermarketu się wycofała?!
Jedyne, co mam to intuicja i wiara, że to dobry facet i że jakoś to będzie. I tyle gadania o tym dodatkowym talerzu dla zbłąkanego wędrowca. Ale jak już siedzi obok, konkretna twarz, konkretny człowiek i historia, to wciąż nie takie proste. A na końcu i tak zawsze zostaje wybór: ryzykujesz i pomagasz, albo jesteś bezpieczny i się wycofujesz.
Zadzwoniłem do rodziny. Zgodzili się.
Marek: – Naprawdę?! – rozpłakał się i rzucił się na szyję każdemu po kolei. – Jezu, dziękuję!
Przy wigilii w Caritasie taka miła pani mi powiedziała: zobaczysz Marek, dobro jeszcze przyjdzie. Ale nie wiedziałem, że mnie spotka coś takiego.

III

Jedziemy, a Marek opowiada:
– Najbardziej chciałbym na wieś. Będę chodził, pytał po gospodarstwach. Może ktoś będzie potrzebował pomocy. Tyle lat tam spędziłem. Tyle wspomnień. Wychowałem się na wsi, 20 km od Olsztyna. Mieliśmy gospodarstwo, 26 hektarów. 12 krów, cielaki, 2 konie, potem ciągnik. Stamtąd mam najlepsze i najgorsze wspomnienia. Ojciec jak wypił, od razu matkę tłukł. Dopiero jak podrosłem, miałem 22 lata, odważyłem się. Raz dostał i już więcej na matkę ręki nie podniósł. Nie chciałem, ale musiałem.
Było też pięknie. Ale nigdy nie miałem wakacji. Zawsze jakieś żniwa, kosy, nie było zmiłuj.
Mama już nie żyje. A tata w hospicjum. Opiekowałem się nim trzy lata, dopóki potrafiłem. Mam siostrę, starszą o rok, ale przeszła na islam i zerwała kontakt z rodziną.

Gospodarstwo dostałem, gdy padał komunizm. Wtedy już padała koniunktura, wszystko zaczęło się sypać. Zaczął się boom na wyjazdy. Najpierw pojechałem do Budapesztu. Handlowałem szmatkami – dresy, skarpetki, koszulki polo i damskie majtki były najbardziej chodliwe. Potem handlowałem walutą pod Szeged. Kupowałem od Jugoli, sprzedawałem jednemu Węgrowi.

Żonę poznałem na urodzinach u koleżanki. Od razu się zakochałem. Chodziłem, powoli, powoli, i wychodziłem. Niedługo potem zacząłem jeździć za granicę. Zachodnie Niemcy, Holandia, Belgia, Genewa, Wenecja. Budowlankę znam już od małego, w pracy robiłem wykończeniówkę. Glazura, terakota, tynki, murowanie. Znam się też na rysunku, w zasadzie potrafię robić od fundamentów pod klucz.
Przez chwilę miałem swoją działalność, ale po pierwszej pracy splajtowałem. Facet nie zapłacił, musiałem sprzedać samochód, żeby opłacić chłopaków. Wtedy dostałem depresji, ale przypisali mi leki i przeszło. Znów zacząłem jeździć za granicę. Pierwszy raz miałem tylko bilet i 20 euro w kieszeni. Ale wiedziałem, że mi się uda. I pierwszego dnia znalazłem pracę i kwaterę.
Dzieci i żona chcieli do miasta, więc sprzedałem ojcowiznę i kupiłem mieszkanie w Biskupcu. Na nią. Zaufałem. Tak jak przy ołtarzu.
Jakiś czas później żona zaczęła chodzić na imprezy z koleżankami. Poznała faceta. Wieczorem telefony. Że niby do koleżanki idzie, wracała nad ranem. Potem już nawet mnie nie przytulała, musiałem spać na podłodze.
Któregoś dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem ich. Spakowałem plecak i poszedłem.
Ale to boli. Cholernie. Cały czas. W Kościele przysięgałem przed Bogiem i wtedy płakałem. Ze szczęścia. Trudno się tego pozbyć. To jak wyryte w kamieniu.

IV

Na początku, wiadomo, zamieszanie: kupa ludzi w małym domu, rozpakować się, rozstawić stoły, ustawić jedzenie. Część rodziny była zaskoczona. Część nie do końca zadowolona. Marek nie mógł się odnaleźć, czuł się głupio. Wtedy moja mama powiedziała, że tak naprawdę to on jest naszym błogosławieństwem, bo dzięki niemu możemy się sprawdzić. Mogliśmy całe życie przeżyć i nie mieć takiej okazji.
Potem zaczęła się wigilia. I sam nie wiem jak, ale wszystko wyszło zupełnie naturalnie. Jakby Marek był co najmniej dobrym przyjacielem rodziny. Z babcią rozmawiał o polityce, z moim tatą o budowlance, z wujkiem o utworze Ave Maria w wykonaniu Helene Fischer, ze mną o książkach Grzesiuka, Dumasa i Londona. Bawił się z dziećmi.

Marek: – Mam dwójkę wnuków. Jasiek ma 5 lat, Różyczka dziewięć miesięcy. Jaśkowi jak był mniejszy wystarczyło puścić muzyczny program i potrafił tańczyć nawet godzinę przed telewizorem.
Tęsknie za dziećmi. Teraz pewnie właśnie wstali, zaraz śniadanko, razem do stołu.
Córka pytała, jak może mi pomóc. Kurde, żebym wiedział, dzieciaku, że ty mnie chociaż trochę kochasz, to już mi wystarczy.

Został z nami do drugiego dnia świąt.

Marek: – Trudno się przełamać, żeby prosić. Jeżeli stracisz wszystko w krótkim czasie i chodzisz, szukasz pracy, tu, tam, wszędzie i nic, nic z tego i nie wiesz ile to potrwa, to nie umiesz się odnaleźć. Głupiejesz. I siedzę na ławce. Co mam robić? Dokąd iść? Co będzie jutro?
Mam godność. Mówią, że nie wyglądam na bezdomnego. Ja mówię, że nie przepiję. A jak pani nie wierzy, to niech mi pani coś do jedzenia kupi.
Jak jesteś na klatce schodowej, przychodzą głupie myśli, na przykład: wyjść, rzucić się do Łyny. Ale nie mogę się załamać. Boże, pomóż mi! – krzyczę w myślach. Czym ja sobie na to zasłużyłem? Straciłem wszystko.
Zwykle spałem na klatkach schodowych koło supermarketu. Siedzisz skulony, czuwasz. Gdy ktoś idzie, stajesz w drzwiach i jeśli się spyta, co tu robisz, mówisz, że czekasz na kolegę. Bo co innego? W piwnicach cieplej. Kartonik pod siebie i jakoś można pospać. Tylko gorzej się wytłumaczyć. Raz facet przyszedł, spytałem się, czy mogę, że nie nabrudzę. Powiedział, że mu nie przeszkadza.
Toaletę załatwiam w supermarkecie. Posiedzę na sofie, podładuję telefon, znają mnie tam, raz jedna dziewczyna dała mi swój telefon, żebym mógł zadzwonić. Jedzenie, mycie w Caritasie. Ogolić się można i na stacji benzynowej. Dbam o siebie. Nie chcę zejść na psy.
Rozmawiałem z dziesiątkami, setkami osób. Najlepiej z kobietami. One słuchają, współczują. Gdy buty mi się całkiem rozwaliły, jedna Pani dała 20 zł, druga dorzuciła, poszła ze mną do sklepu, powiedziała: wybieraj. Piękne buty, tylko przetarły mi się stopy i teraz cały czas pieką. Większość facetów myśli, że jak nie pracuję, jestem nieudacznikiem. A skąd ja mogłem wiedzieć, że tak będzie? Jeden facet dał mi złotówkę na chleb i powiedział, że też spał na klatkach, ale wyszedł z tego.

V

To były piękne święta. Pełne śpiewu, rozmów, radości. Po takich świętach zupełnie inaczej patrzysz na tak oczywiste rzeczy, jak ciepły posiłek z rodziną. Że możesz się przytulić do bliskiej osoby, położyć w ciepłym łóżku.
Patrzyłem jak Marek się zmienia przez te dwa dni. Jak znikają ogromne sińce pod jego oczami. Jak się prostuje, jak z rozchwianego emocjonalnie faceta znów staje się silny, pewny, że mu się uda. Że znajdzie pracę. Że wszystko się jakoś ułoży i odzyska życie. Bo skoro spotkało go coś takiego, to przecież wszystko jest możliwe.

Zdałem sobie sprawę, jak trudno jest odpuścić sobie wizję idealnego potrzebującego. Czyli, że jak już mu pomagam, to żeby nie pił (papierosy od biedy, ale lepiej nie) nie użalał się nad sobą, był ultra zmotywowany, zawsze prawdomówny, brał wszystko z pocałowaniem ręki, był inteligentny, a przynajmniej skromny i potulny. I przy tym wracające pytanie: czy ja sobie pomagam, czy jemu? Bo przecież nigdy nie będę wiedział, co on dalej zrobi. Co zrobi z tą pomocą. Można dać tylko możliwość, szansę. Co z nią zrobi – jego decyzja. Ale żeby mógł udowodnić siebie, trzeba mu tę szansę najpierw dać. Moja decyzja – daję, albo nie.

Najbardziej przerażająca była dla mnie wizja chwili, kiedy zostawiamy go gdzieś na ulicy. Na parkingu, skąd go wzięliśmy. W deszczu, znów samego. Piękny sen, który skończył się za szybko. Dwie godziny temu jedliśmy obiad w ciepłym pokoju, śpiewaliśmy kolędy i śmieliśmy się. Co teraz? Znów na klatkę schodową? Znów będzie prosił o jedzenie? Jeśli jest mi lżej niż jemu, to tylko niewiele. Zrobiłem, co mogłem?

Ale jeżeli czegoś się nauczyłem w życiu o pomaganiu, to tego, że za niczyje życie nie można wziąć odpowiedzialności. Już za swoje jest wystarczająco trudno. Nikt za nas nie przejdzie naszej drogi. Mogę pochylić głowę przed jego uczuciami i uszanować jego los. Ale jeśli dałbym mu wisieć na ramieniu, skrzywdziłbym i siebie i jego. Mogę jedynie pchnąć na rozpęd. Tyle, ile mogę, nie więcej. A najwięcej, co mogę dać komuś, to wiarę w to, że wszystko, czego potrzebuje, żeby sobie poradzić, jest w nim. I że jeśli w to uwierzy, to tak będzie. Ja w to wierzę. Dużo rozmawialiśmy i chyba Marek też w to uwierzył. Gdy wsiadaliśmy do samochodu, powiedział:

– Teraz mam siłę. Znajdę pracę. Dziś pójdę na klatkę, może na dworzec. W poniedziałek zacznę dzwonić. Musi się udać. Na początku bałem się, gdy wsiadłem z wami do samochodu. Myślałem: może to jakaś sekta?
Teraz się nie boję. Dzięki wam przez te dwa dni przestałem być bezdomnym i znów byłem normalnym człowiekiem.
– Przecież zawsze byłeś normalnym człowiekiem – uśmiechnąłem się. – I będziesz. Tylko tak ci się teraz życie ułożyło. Przecież nie wiadomo, co będzie jutro.

*************************************

Powyższy reportaż został opublikowany kilka dni po minionych Świętach Bożego Narodzenia. W dniu publikacji Marek dostał pracę i mieszkanie w okolicach rodzinnej wsi. Po kilku samotnych i trudnych miesiącach przeprowadził się pod Gdańsk. Teraz pracuje przy wykończeńiówce. Mówi, że pracuje często nawet w niedziele, ale jest OK.  Znalazł kobietę, w której się zakochał. Mieszkają razem. Jest zadowolony.

Takie to życie.


0 komentarzy do “Opowieść Wigilijna”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Wyprawa po szlugi

A gdyby tak życie było wyprawą po szlugi? Pomyśl tylko. Budzisz się, dostajesz światłem jarzeniowym w twarz, boli, boli, strasznie boli, oddzielają cię od ciepła, błogości, szczęścia, raju, dają klapsa w dupę, owijają prześcieradłem, kładą Read more...

Moja twórczość

Mądrość Ziemi

Ślęża. Twarda i kamienista ścieżka pod górę. Pomiędzy drzewami mgła. Coś odwiecznego w tym mrocznym spotkaniu lasu z niebem. Zatrzymuję się i wsłuchuję w ciężki oddech. Czuję ciepły pot na plecach. Patrzę w lewo. Drzewo. Read more...

Maksiu uczy

Dzień i noc

Jestem ciekawy, jak masz. Na maksa jestem ciekawy, co jest w Tobie. Tak naprawdę. Nie pod powierzchnią słów i skóry, ale do szpiku kości i do Twojego ostatniego atomu. Przez wiele lat eksplorowałem miejsca, które Read more...