– Najbardziej boję się być nikim. – mówi po francusku Christian. Kamera skierowana jest na jego twarz. Młodą, ciemną, przystojną. I wyraz jaki ma na twarzy i spojrzenie stemplują fakt, że Christian właśnie dotyka najgłębszych, najintymniejszych pokładów swojej duszy.

– Boję się, że będę tylko jedną z twarzy w tłumie. Najbardziej boję się, że nie dowiem się dlaczego tu jestem. Czy to w ogóle ma sens? Czy moje istnienie ma znaczenie?

 

To kadr z filmu „Human” francuskiego reżysera Yanna Arthusa-Bertranda.

Jeśli jeszcze nie oglądałeś, to czas najwyższy.

Arthus-Bertrand przez trzy lata przejechał 64 kraje (nagrywając jedne z najbardziej niesamowitych i subtelnych obrazów naszej planety, jakie widziałem) i prowadząc wywiady z ponad 2 tys. ludzi. Szukał odpowiedzi na pytania: Kim jest człowiek? Co znaczy być człowiekiem?

Film zagrał we mnie na każdej strunie. Są tam najpiękniejsze historie i obrazy o człowieku. Są i te najstraszniejsze. Wszystko obok siebie.

 

Każda z twarzy, która pojawia się w kadrze tętni życiem. Jest pełna szczegółów, które nie powtórzą się w żadnej innej twarzy: ich wyraz, zmarszczki, układ szczęki i czoła, barwa głosu, uśmiech, łzy i oczy. Magiczne, piękne, wyjątkowe. Okna duszy.

I każda z historii, które opowiadały, była wyjątkowa. Niepowtarzalna. Każda zabrała mnie w podróż przez strach, miłość, zachwyt, smutek, czasem zazdrość, lęk, złość. Dzięki każdej z tej historii znów odkryłem je w sobie od nowa. Znów zadałem sobie pytanie: co dla mnie znaczy być człowiekiem?

Dzięki nim. Ludziom.

Na koniec filmu pojawia się pytanie o sens życia. I w kadrze pojawia się Christian. I mówi, że najbardziej boi się być nikim. Najbardziej boi się być jedną z twarzy w tłumie.

I to mnie ruszyło najbardziej.

Bo przecież to niemożliwe.

To ostatnia rzecz jaka może mu się w życiu przytrafić.

 

Ilu z nas się tego boi?

Przez większość życia szukałem potwierdzenia swojej wyjątkowości. Tego, że jestem kimś, kto wybija się z tłumu. Kimś.

I nigdy nie spodziewałbym się, że najpiękniejszy moment tego życia, to będzie właśnie chwila, w której zdałem sobie sprawę, że każdy, bez wyjątku każdy, jest wyjątkowy. Niepowtarzalny. Każdy niesie swoją historię, której nikt inny nie opowie. Swój punkt widzenia, perspektywę, wartość. Piękno. Dar. Życie, którego nikt inny nie przeżyje ani nie doświadczy, ani nie zrozumie.

Menel, księżniczka, sprzątaczka, woźny, milioner, wilk z wall street, wiejska nauczycielka, bezdomny, korpo ludek, ksiądz, religijny guru, żołnierz, piosenkarz, coach, zbrodniarz, ofiara, homo, hetero, biały, czarny, nawet człowiek, który słucha disco polo. Każdy jest wszechświatem doświadczającym siebie w jedyny, unikalny sposób.

I to w żadnym wypadku nie umniejsza mojej wyjątkowości. A wręcz ją potwierdza.

 

Choć wtedy nie wiedziałem, uczyłem się tego, zaczynając pracę jako reporter. Że wystarczy zejść z chodnika, zapukać do drzwi, powiedzieć, że piszesz reportaż i nagle bezosobowe okno w rzędzie okien otwierało na ciebie całe swoje bogactwo: nieskończoność szczegółów, subtelności uczuć i myśli ukrytych w postaci Pani Marianny spod szóstki. Czasem ukryte bardzo głęboko. Czasem sprawiające wrażenie wcale nie subtelnego, ani nie bogatego. Czasem nawet powodujące, że wkurwiałem się, albo oburzałem.

Ale nigdy nie jest tak, że tego nie ma. Kwestia tylko, czy mam otwarte oczy, uszy, serce.

Kiedyś przez trzy tygodnie zbierałem materiał do reportażu w romskim obozie uchodźców w Podgoricy, w Czarnogórze. Ten obóz, który wyglądał jak każdy slums świata, był tam od 17 lat. Dużo spędzałem czasu u pewnej rodziny: matka i piątka dzieci. Mieszkali w małym baraku. Jeden pokój, 15 metrów kwadratowych. Tu w szóstkę siedzieli, jedli, oglądali telewizję, spali, kąpali się w wanience. Kilka metrów dalej był mur, za nim miejskie wysypisko śmieci, na którym Ramus, siedemnastolatek zbierając złom zarabiał na życie całej rodziny. Byli skromni, pogodni, z godnością znosili swój los.

Była tam jedenastoletnia Sofija. Tryskała energią i prostą radością. Chciała zostać tancerką. Kiedyś powiedziała mi coś takiego:

– Nie lubią się ze mną kolegować w szkole. Ale w Biblii przeczytałam, że jeśli ktoś Cię nie lubi, to tym bardziej powinno się go kochać. Dlatego kocham wszystkich, chociaż oni mnie nie lubią.

 

Nigdzie nie widziałem radośniejszych dzieci niż w tym obozie. Pozostają tam takie, dopóki nie zaczynają dowiadywać się o rzeczach, których nigdy mieć nie będą i których nigdy nie osiągną ze względu na to, jak się urodzili.

 

Ta rodzina bardzo cieszyła się, gdy przychodziłem. To, że tam byłem, nadawał ich życiu rangi. Bo oni, jak myśleli o sobie, nic nie znaczący, mieszkający w slumsie pod wysypiskiem śmieci i nagle odwiedza ich dziennikarz (oooommmm) zza granicy. I to znaczy, że ich życie, ich historia jest warta opowiedzenia.

Jest ważna. Zapomniani przez Boga odzyskali głos.

Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że tak jest. Że wprowadzam w życie tych ludzi coś, co sprawia, że choć przez chwilę czują się wyjątkowo.

Ale jeszcze dłużej zajęło mi zrozumienie, że ich życie od zawsze było wyjątkowe i jest w każdej sekundzie. I wcale nie jest najgorsze to, że żyją w slumsie ze śmietnikiem za murem. Tylko, że nie widzą tej wyjątkowości. Nie widzą cudu tego, że istnieją. A to widać w nich, kiedy tylko na moment zapominają o tym, jacy myślą, że są. Kiedy przestają odbijać się w lustrze świata na zewnątrz: społecznych uwarunkowań, wymagań, fobii, wyobrażeń i wzorców. Bo wtedy widzą w sobie tylko biedę, miałkość, coś gorszego.

Nie widzą, że wcale nie potrzebują mnie ani nikogo, żeby być ważnymi.

 

Najśmieszniejsze jest to, że tak ma większość ludzi na tym świecie. Mniej lub bardziej bogaci ludzie zachodu, bilionerzy znad Zatoki Perskiej, gwiazdy kina i estrady, poszukiwacze duchowi, którzy szukają cudowności poza codziennością, profesorzy, ludzie zwykli i niezwykli. Ja bardzo często wciąż i wciąż od nowa. Ludzie, którzy mają wszystko, albo większość z rzeczy, których tamta rodzina nigdy nie miała i pewnie mieć nie będzie. Dom, samochód, pracę, pieniądze, jedzenie, licznych znajomych, wysypisko na drugim końcu miasta.

I wciąż szukamy tego potwierdzenia na zewnątrz.

Porównujemy się, zazdrościmy, szukamy wszędzie, tylko nie w sobie. Jesteśmy ćpunami oklasków i głasków. Bo tak bardzo nie chcemy sami sobie dać tej ważności. Chcemy kogoś.

Kogoś, kto nam powie, że nasza historia jest ważna. Warta opowiedzenia.

Tak łatwo zapominamy, że każdy człowiek ma 206 kości, od 450 do 500 mięśni, setki ścięgien, niesamowicie sprawne narządy wewnętrzne i układy, kanały przez które dzień i noc przetacza się krew i energia życia, około 100 tryliardów synaps, 150 miliardów neuronów, nieskończoność komórek i atomów pracujących na pełnych obrotach. Że nasze ciała to samoregulujące się, perfekcyjne machiny, wehikuły.

Obejrzyj sobie na youtubie, co potrafią.

Co wyczyniają na rurach te zwyrole od streetworkoutu czy parkouru. Obejrzyj Cirque de Soleil. Pójdź na spektakl tańca i weź to zobacz, człowieku. Posłuchaj muzyki, śpiewu. Możemy się przytulać, dotykać, szeptać, kochać się. Płakać, śmiać się, rozpaczać, smucić się, radować.

 

Zapominamy, że możemy w myślach przenosić się do krain, których granice wyznacza tylko nasza wyobraźnia. Nurkować w bezkresnych oceanach i latać między gwiazdami.

Nasz umysł stworzył najbardziej wymyślne konstrukcje myślowe, naukę, muzykę, film, teatr, architekturę, literaturę, sport, wszelkiego rodzaju struktury społeczne. Nasze ręce zbudowały piramidy, bloki, fontanny, pałace, mury, góralskie domy, stadiony, kible i wszystko, co jest wokół ciebie, jeśli mieszkasz w mieście.

Wymyśliliśmy też holocaust, gwałty, najwymyślniejsze rodzaje tortur i mordów, nierówności społeczne, ekstremalne formy ubóstwa i tak dalej. Prawda.

I to my, ludzie, kolektywnie i indywidualnie decydujemy jak wykorzystać potencjał bycia człowiekiem.

Czy bierzemy odpowiedzialność za swoje istnienie. Czy nie.

Czy wolisz stać z browarem pod klatką ze beznadzieją w oczach, albo przed kompem pisać jak to wszystko chujowo i nic się, kurwa, nie da.

Czy też zaczniesz być, tworzyć, żyć.

Chociażby nagrywać rap na pożyczonym sprzęcie, dając głos swojej duszy i spełniając marzenia. Tak jak to robili kiedyś chłopaki z mojej rodzinnej wsi.

A najśmieszniejsze jest to, że tak naprawdę to nie musisz robić nic.

Pytanie: co chcesz?

 

I każdy z nas jest jedynym, niepowtarzalnym egzemplarzem. Takim, którego jeszcze nigdy nie było i już się nigdy nie powtórzy. I składa się na to cała nieskończoność szczegółów, komórek, atomów, odcieni uczuć, ciemne piwnice i świetliste tarasy doświadczeń i przeżyć.

 

I nie potrzebujemy nikogo, kto musi to potwierdzać.

Że nasze życia warte są przeżycia.

Że nie jesteśmy tylko twarzą w tłumie.

Że jesteśmy kimś. Pięknym i ważnym.

Przecież tak jest. Po prostu.

Jesteśmy.

Piękni i ważni.

Reszta to pierdolenie.

W kategorii: Teksty Inspiracje

0 komentarzy do “Być nikim”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Ramki

Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Po co? Wiadomo, że dla hajsu. I żeby być kimś. Kimś, kto pod naszą szerokością geograficzną, w naszej kulturze, epoce, będzie taki właśnie, jaki powinienem być. I wtedy zasłuży na Read more...

Teksty Inspiracje

Żyć zanim umrę

O śmierci. O życiu. Słońce, późny wrzesień. Bloki, powiatowe miasto. Idę chodnikiem razem z dziadkiem mojej ukochanej. Przyjechaliśmy, bo jej babcia ma niedługo operację żylaków. Przyjechaliśmy teraz, bo nigdy nie wiadomo. Idę. Rozmawiamy z dziadkiem Read more...

Teksty Inspiracje

Wyprawa po szlugi

A gdyby tak życie było wyprawą po szlugi? Pomyśl tylko. Budzisz się, dostajesz światłem jarzeniowym w twarz, boli, boli, strasznie boli, oddzielają cię od ciepła, błogości, szczęścia, raju, dają klapsa w dupę, owijają prześcieradłem, kładą Read more...