Stoję przy zlewie. Myję naczynia.
Z kranu leci woda. W głowie potok myśli.

Jak to zwykle u mnie w takich sytuacjach, myślę o tym i o tamtym: co u Mariana, gdzie na obiad, po co wszechświat. Co kto myśli i dlaczego. I tak dalej.
Myję. Dość szybko, w umiarkowanym pędzie, bo przecież jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Tyle życia do przeżycia. A ja się tu plączę z naczyniami.

I nagle stop.
Stoję przy zlewie. Myję naczynia.
Z kranu leci woda. Słyszę jak rozbija się o metalowy zlew. Słyszę dźwięk naczyń obijających się o siebie. Słyszę wiatr za oknem i śmiech w pomieszczeniu obok.
Widzę porcelanowe talerze ustawione na kupce. Widzę obrus, drewniany stół, metalowy zlew. Muszkę przelatującą obok.
Widzę kolory, ich natężenie i odcienie. Widzę grę światła w przestrzeni. Kształty. Szczegóły. Nieskończoność szczegółów. Wszędzie tam, gdzie spojrzę. Kadruję, ustawiam ostrość, kąt nachylenia. Skupiam i rozpraszam wzrok.
Czuję wewnętrzne ciepło dłoni. Twardość kości, miękkość skóry. Smak niedawno zjedzonego jabłka. Pulsowanie moich ust. Spięte mięśnie w prawym barku. Swędzenie blisko prawego półdupka. Brzuch poruszający się w rytm oddechu i żołądek ciężki od jedzenia.
Czuję zapach płynu do mycia naczyń i czyste powietrze wpadające przez otwarte okno. Twardość podłogi pod stopami. Bicie serca. Czuję ekscytację i radość.
I to wszystko dzieje się naraz. Teraz.

Zmysły, doświadczenie, idee, koncepcje, znaczenia, emocje – to wszystko tańczy nieustannie w świadomości. Łączy i rozplata jednocześnie. Wpływa na siebie nieustannie. We mnie. W Tobie. I we wszystkim.
Podkładam dłonie pod wodę. Czuję jak otacza je miękki chłód. Widzę to. Słyszę. Jednocześnie myślę o tym. I jeszcze to wszystko obserwuję.

Ależ to faza być! Jaram się.

To są momenty. Czasem krótsze, czasem dłuższe.
W takich chwilach doświadczam, jakbym wychował się w świecie, w którym bycie człowiekiem, było czymś zupełnie innym niż jest. Niż mogłoby być.
Trochę tak, jakby posadzili nas za kierownicą Lamborghini Diablo i kazali uwierzyć, że to trabant.
Powiedzieli: tu masz gaz, tu hamulec, światła, tutaj kierownica, możesz sobie skręcać. To jest pierwszy bieg, innych nie ma. Tego nie ruszaj, to nieważne i to też. Reszty nie ruszaj, nie wolno. I pamiętaj, jedź tylko po autostradzie.
– A to do czego służy?
– Nie interesuj się, powiedziałem!

I tak jeździmy na jedynce. Zarzynamy silniki. Niektórzy to jeszcze na ręcznym cisną, albo w ogóle na wstecznym i się dziwią, że coś nie teges. Czasem, przez przypadek, wejdzie jakiś wyższy bieg i wtedy panika albo ekstaza. Ale szybko schodzi do jedynki. I wtedy albo zaczynamy kombinować, albo udajemy, że nic się nie wydarzyło.
Czasem mijamy na drodze wariatów, którzy w swoich pięknych samochodach z gracją pędzą do odcięcia. I wtedy zazdrościmy. Podziwiamy. Marzymy o lepszym sprzęcie. I nawet do głowy nam nie przyjdzie, że mamy takie same, albo nawet lepsze fury pod dupą.
Tylko że nikt nas nie nauczył jeździć.
A nauka po tylu latach wymaga wysiłku. I ryzyka. Często nie jest ani łatwa ani przyjemna. Przynajmniej dla mnie.

Poza tym: czy trabant czy Lamborghini – i tak się jaram.

No i myję te naczynia. Jeszcze kilka minut temu śpiewałem. Wydawałem z siebie dźwięki jednocześnie słuchając ich i czując przyjemne wibracje wychodzące z podbrzusza, biegnące wzdłuż kręgosłupa, aż po gardło i usta.
Gdzieś między garnkiem a patelnią, bawiąc się najróżniejszymi dźwiękami odkryłem, że można grać, improwizować na swoim głosie zupełnie jak na harmonijce (na której uczę się grać od jakiegoś czasu). Ciągnąc, łącząc ze sobą dźwięki, tworząc melodie, rytmy, kordy, czy co tam – nie wiem, bo nie znam teorii muzyki.
I zajarałem się jak dziecko. Dla mnie to było odkrycie na miarę co najmniej Grenlandii – bo wychodzi na to, że to wszystko mogę JA. Zmywając naczynia.

Bo okazuje się, że nie muszę czytać książek, kupować sprzętu grającego, oświecać się, kończyć uniwersytety, czy szkoły muzyczne i w ogóle być najlepszym człowiekiem świata – żeby jarać się sobą i życiem.
I że szukanie na zewnątrz jest jak pogoń za wróblem na dachu, podczas gdy ma się do dyspozycji całe niebo ze wszystkimi gatunkami ptaków.

W moim życiu to są chwile. Momenty. Potem wracam do tych wszystkich rozkmin, planów, zmartwień i pogoni.
Wtedy wystarczy się zatrzymać. Choć na chwilę zmienić kierunek. Do wewnątrz.
Zacząć czuć. Słuchać. Widzieć.
Siebie.

I wtedy może się okazać, że nie zostanę gwiazdą estrady, oświeconym, ani zbawicielem świata.
Ale przynajmniej fajnie będzie zmywać naczynia.


0 komentarzy do “Medytacja przy zmywaku”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono

„Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono.” Wisława Szymborska Jesteśmy ludźmi. Ludzie opowiadają różne historie. O sobie. O ludziach. O świecie. Bajki, opowieści. Tylko, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że to Read more...

Teksty Inspiracje

Opowieść Wigilijna

Wigilia. Południe. Caritas w Olsztynie. To mój pierwszy wolontariat w takim miejscu. Mam stać przy drzwiach wejściowych, sprawdzać czy samotni i bezdomni, którzy przychodzą tu na wigilię mają karteczkę z odpowiednią godziną (mają być trzy Read more...

Teksty Inspiracje

Czy naprawdę chcesz wiedzieć, czego chcesz?

CZY NAPRAWDĘ CHCESZ WIEDZIEĆ, CZEGO CHCESZ? ———————————————– Co jest moim Powołaniem? Co ja chcę robić? Po co tu jestem? Zadajemy sobie te pytania. Sobie, innym ludziom, Bogu, gwiazdom. Ale czy naprawdę chcemy znać odpowiedź? Rozważ Read more...