Ciekawe czy w Wieściszowicach zawsze jest tak bajkowo, jak tego majowego popołudnia.

Soczysta zieleń eksploduje z każdego zakątka przestrzeni. Ziemia ubrała się w suknię z traw, kwiatów w każdym kolorze, wysokich sosen, rozłożystych wierzb, smukłych gór i całej reszty. Wyperfumowana zapachem młodych zbóż, bzu i lasu. Nad nią powoli spacerują chmury. Oślepiają bielą, co sekundę przebierają się w nowe, fantazyjne kształty. Nigdy nie zmęczone podniebną zabawą.

Pomiędzy nimi my i nasze ciała rozpalone słońcem. I domy w dolinie. Na podwórkach ludzie. Pracują, szukają cienia i swojego towarzystwa.

Idziemy środkiem tej bajki asfaltową drogą. Biwakowaliśmy obok Kolorowych Jeziorek, miejscowej atrakcji turystycznej.

I wszystko pięknie. Tylko by się kawy napił.

Na szczęście w Wieściszowicach nie ma baru ani kawiarni.

Schodzimy więc na lewo, przechodzimy przez mostek – przez wieś płynie strumyk – do piętrowej, malowanej na biało, murowanej chaty, na której wisi czerwona tablica z napisem „sołtys”. Pod oknem na ławeczce siedzi piękna Babulinka: szara spódnica, jaskrawo niebieski sweter wspaniale kontrastuje z włosami tak białymi, że nie wyobrażam sobie by cokolwiek mogło być bardziej białe.

Mówimy, że przyjechaliśmy nad Kolorowe Jeziorka, biwakowaliśmy, teraz spacerujemy, bardzo chce nam się kawy, a nie ma gdzie się wokół napić, to może u Pani?

I się uśmiechamy uroczo.

Babuleńka odpowiada, że ona tylko tu mieszka, gospodarz zarządza kawą. Wtedy wychodzi do nas gospodyni. Częstuje nas kawą w starych, cienkich szklankach z przezroczystego szkła bez ozdób i z plastikową obudową. Rozsiadamy się na ławce z Babulinką, co na imię ma Marysia.

– Pięknie tu macie – zagaduję. – Długo tu pani mieszka?

– A, dziękuję. Pięknie mówi pan? Może i tak. Ale ja nie jestem stąd. Nas tu przesiedlono. Tam skąd pochodzę, jest o wiele piękniej.

– Serio? Jeszcze piękniej? To gdzie to?

– Huculszczyzna. Słyszeliście o niej? Lwów, Stanisławów. Tam to dopiero było pięknie! Jakie góry, lasy! A jacy ludzie byli zdrowi. Pamiętam, że w styczniu chodzili boso po śniegu i nie było im zimno. I to nasze, polskie było. Ale Rosjanie przyszli i nas przesiedlili. A tu nie jest zdrowo, mówię wam.

– E, no co pani? Wygląda cudownie zdrowo.

– Ale mówią, że to powietrze niezdrowe na serce.

– A właśnie. Jak się tu pani żyje?

– Sama nie wiem. Z jednej strony siądę na tej ławce, rodzina się mną opiekuje, odpoczywam, świat obserwuję. Kuzynka mi mówi, że tylko cieszyć się powinnam.

– Ano, przecież wspaniale tu pani ma! – i widok z ławki babci Babulinki w to czerwcowe popołudnie rzeczywiście jest bajkowy. Naprzeciw pokryte lasem wzgórze, pod nim osłonecznione dachy domów, drewniane wieże dwóch starych kościołów. Pod nami betonowe koryto strumyka i zadbany ogród: paleta zieleni i kwiatów.

– No tak, ale co to za życie? – Pani Maria ma piękne, szare oczy. Uwielbiam patrzeć w oczy starych ludzi. Jakby całe doświadczenie i mądrość długich lat wyryło się w odbiciu tęczówki, które same w sobie przypominają gwiezdne mgławice zamknięte w kryształowych kulach. – Młodość szybko mija. Za szybko. Wspomnicie moje słowa. Człowiek stary to tylko siedzi i wspomina. A słyszeliście o Huculszczyźnie? Lwów, Stanisławów. Tam to było pięknie! Stamtąd przyjechałam z rodzicami. Bo ja już prawie dziewięćdziesiąt lat mam.

– Naprawdę?! W życiu bym nie powiedział. Wspaniale się pani trzyma. Dałbym pani 75 maksymalnie – może dałbym i te 90, ale co to za różnica? Pani Maria uśmiechnęła się jak podlotka.

– Oh, naprawdę? Dziękuję, to bardzo miłe. A moje życie nie było łatwe. Dużo cierpiałam. Straciłam dwóch synów. Jednego zaraz po wojnie, jak tu przyjechaliśmy. Bo tu było dużo min. Stały znaki, żeby nie wchodzić, ale nikogo nie przysłali, żeby rozbroili. Antoni nie wiedział, że to mina. Wyglądała jak mała kostka. O taka, jak zaciśnięta pięść. Miał dwanaście lat, biedactwo moje. Starszy poszedł do wojska i tam zginął. Nie wiadomo do końca jak.

– Bardzo mi przykro. A mąż?

– Jego też straciłam. Jeszcze w czasie wojny. Poszedł na front i już nie wrócił. Sama zostałam z dziećmi. A potem ich też straciłam. I wtedy to już tylko chodziłam do kościoła, modliłam się i płakałam – od początku rozmowy wpatrywałem się zafascynowany w wyżłobione przez czas zmarszczki na twarzy Pani Marii, które wyglądały jak kora starego, mądrego drzewa. Ale dopiero teraz, gdy jej oczy zaszkliły się, zdałem sobie sprawę, że wokół oczu i na policzkach ma głębokie, białe bruzdy. Od płaczu. Ile łez wypłakała Babulinka Maria, że jak strumyki górskie wyżłobiły na stałe koryta na jej twarzy? Przez chwilę w ciszy patrzyliśmy na wzgórze pokryte lasem i białe chmury nad nim. – A o Huculszczyźnie słyszeliście? Tam to było pięknie! Lwów, Stanisławów. Ale Rosjanie nam zabrali. Przesiedlili nas. I teraz tam mieszkają. I trudno tak żyć, kiedy wiem, ile Polacy wycierpieli. A teraz tylko gorzej.

– Ale to teraz tam Ukraina jest Pani Mario.

– A to Ukraina ma swoje państwo?

– Tak. I się biją z Rosjanami.

– No proszę. Jak to się zmienia. I nigdy nie wiadomo, co będzie. Bo tu, gdzie teraz jesteśmy to były kiedyś Niemcy, prawda? A jak właściciele będą chcieli wrócić po te domy? Raz my, raz oni, a czasem jeszcze ktoś inny. Jak to się zmienia, Boże drogi!

– Tak sobie czasem myślę, pani Marysiu: zobaczy pani, drzewa co roku kwitną od nowa. I trawy budzą się z zimowego snu, przychodzą wiosenne burze i kwiaty znów pachną. Potem jesienny wiatr strąca z drzew pożółkłe liście, żeby śnieg mógł je zasypać. Ziemia zamiera, zastyga po to, by na wiosnę znów eksplodować życiem. Ten strumień, co pod pani domem, choć inny, wciąż płynie. Polskie? Rosyjskie, niemieckie? Te góry, te lasy, ta ziemia były tu zanim pojawiły się te słowa i będą długo po tym, jak znikną. Dla nich to bez różnicy przecież. Wszystkie te różnice nosimy tylko my. W sobie.

 

– No tak! Rzeczywiście. Czasem tak sobie myślę: przecież Bóg jest tylko jeden, prawda? O, tu, zobacz, stoją dwa kościoły: ewangelicki i katolicki. I szczerze powiem, że nie wiem, jaka to różnica między nimi w końcu. Podobno przykazania są inne. Ale właśnie: jak to jest? Przecież Bóg jest tylko jeden, prawda?

– Jeśli mnie pani pyta, to prawda jak największa. I wszyscy, no, większość przynajmniej, mamy dwie ręce, dwie nogi, głowę, mózg, płuca, jedno serce i dupę z tyłu. Jak dla mnie jesteśmy jak te drzewa, albo liście na nich. Podobne, ale każde inne. Tylko, że liście nie wymyślają sobie ras, narodowości, rodów, kast i granic, nie wymyślają sobie bogów brzóz, wierz, dębów, a potem nie prowadzą wojen o to, kto ma rację. Liście są po prostu. Żyją, egzystują. Tak jak wszystko we wszechświecie. Mają swoje miejsce. I nie muszą go nazywać, a potem o nie walczyć. Dziwni jesteśmy, co?

– Ha! – Babuleńka Marysia przyklasnęła w dłonie i zawierciła się na ławce. Wyglądała teraz jak mała dziewczynka, która właśnie odkryła nową zabawkę, cała w młodzieńczej ciekawości życia. W mrugnięciu oka odmłodniała o osiemdziesiąt lat. – Właśnie! I wiecie, ja czasem tak siedzę i patrzę i sobie myślę: kto to wszystko stworzył? Kto tym zarządza?

Jak to możliwe, że my jesteśmy? Kto sprawia, że na wiosnę wszystko kwitnie? Że przychodzi zima ze śniegiem, na jesieni umierają liście, a w lato jest tak pięknie?

I co by się nie działo, jakie straszne wojny by nie były, wędrówki, zmiany granic, zmiany w życiu, to zawsze tak jest? Bo nikt tego przecież nie potrafi zmienić. Żaden człowiek. Żaden człowiek nie sprawi, żeby w zimie było lato! Próbuję to zrozumieć moim głupim umysłem, bo ja tylko podstawówkę skończyłam, ale nie wiem. Pewnie jacyś uczeni to wiedzą.

– Właśnie nie, pani Mario. Mi się tak zdaje, że wszyscy mędrcy i uczeni i naukowcy też się o to pytają od początku ludzkości i często im się wydaje przez chwilę, że wiedzą, ale szybko się potem okazuje, że gówno prawda. Nikt nie ma odpowiedzi ostatecznej, pani Mario. Wszyscy wiedzą tyle, co pani.

– Tak? Może to i dobrze, bo gdyby wiedzieli kim jest Bóg, znali odpowiedź, to zaraz by go zabili, albo przerobili na swojego. Ludzkiego. A wiecie, że są tacy, co nie wierzą w Boga?

Wypiliśmy kawę. Gdy żegnamy się z panią Marią, ona uśmiecha się dziewczęco na swej ławce. Dziecięco szczęśliwa, w niebieskim swetrze. W ostatecznie białych włosach. Z przeszklonymi oczami. Zapytała:

– A słyszeliście o Huculszczyźnie?

Morał: dobrze jest wbijać na kawę do nieznajomych.


0 komentarzy do “Na kawie u sołtysa”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Spotkania

MONAR – spotkanie z ludźmi

Czasem prowadzę warsztaty w ośrodkach leczenia i terapii uzależnień stowarzyszenia MONAR. To, co uwielbiam tam najbardziej, to oglądanie społeczności terapeutycznych.   Wygląda to tak, że wszyscy domownicy siedzą w jednej sali, najlepiej w kole, i Read more...

Spotkania

Być w chwili

A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale na pierwszym planie Read more...

Spotkania

Bycie w chwili

      A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale Read more...