Romek leży na łóżku i ma bardzo przekrwione oczy. Znowu wdało się zapalenie. Oprócz tego ma w gardle otwór od tracheotomii, przez który oddycha, przez który kaszle i czasem odksztusza zacne ilości flegmy.

Romek leży bokiem na łóżku na oddziale apalicznym Caritasu, gdzie byłem wolontariuszem.

Stan apaliczny to inaczej stan wegetatywny. Kiedy człowiek zachowuje przytomność, organizm działa, czyli reguluje temperaturę, krążenie, trawi, ale przez uszkodzenie półkul mózgowych, które nie ma świadomość siebie i otoczenia.

Romek leży tak już kilka lat. Nie cały czas oczywiście: z przerwami na kąpiele, albo gdy ktoś go wozi wózkiem. Chyba dzisiaj go nie golili. Bo Romek generalnie sam nic nie robi. Poza krztuszeniem się. Ale czy to robi Romek, czy to krztuszenie robi Romka? Tak samo z oddychaniem i resztą. Romek patrzy. Ale czy widzi?

No właśnie. Ile w Romku podlega Romkowi? Ile zależy od jego woli? A ile Romka się po prostu dzieje?

Trudno powiedzieć, bo Romek nie mówi.

A na przeciw Romka ja. Siedzę na krzesełku obok jego łóżka. Trzymam w ręku książkę. Czytam mu fragment książki, która na pierwszy rzut oka wydaje się być przerażająco nudna. Biografia Ignacego Loyoli. Postać wydaje się ciekawa, ale język i sposób napisania – Jezu, odpuść. Na drugi rzut oka też nudna. Zwłaszcza (w moim wyobrażeniu) dla człowieka, który ma bardzo ograniczone zasoby świadomości.

Właśnie: ma czy nie ma?

Od czasu do czasu spoglądam na Romka. Patrzę w jego przekrwione niebieskie oczy. Mrugamy do siebie, choć Romek nie mruga. Przeglądamy się w sobie.

No właśnie: ile mnie podlega mnie? A ile mnie się po prostu dzieje?

Dobra, wiem, że może się to wydawać lekką przesadą, ale wejdźmy w to.

Na razie zostawmy świadomość od strony psychologii. Umysł świadomy. Wierzchołek góry lodowej. Ten wierzchołek, ten procencik, który dostaje już ochłapy informacji przefiltrowane przez nasze zmysły, układ nerwowy, doświadczenia, bariery percepcyjne, przekonania, programy, wyobrażenia o świecie. Co działa liniowo i jest w stanie przetworzyć tylko kilka informacji naraz.

To ja działam? Czy to ja racjonalizuję sobie siebie i swoje działanie? Wymyślam co chwilę nowe historie i interpretacje, rozkminiam to i tamto i jeszcze wkręcam sobie, że w ogóle moje zdanie się tu liczy?

Moje zdanie. Moje? Ha! Następna zagadka. Moje, czyli czyje? Moje, czyli tak jak ja siebie widzę? Świadomie? A może nieświadomie? Czy może jak widzi mnie świat, czyli każda osoba z osobna? Czy to wypadkowa tego i tamtego? Czy może dowolnie od chęci interpretacji, kreatywności umysłu, szkoły psychologicznej, albo po prostu: co będzie brzmiało lepiej. Z czym bardziej mam ochotę się utożsamić. Kto ma rację? Ha!

Ja i Romek.

Wróćmy do świadomości siebie. Do obserwatora. Uczuć, doznań, myśli. Gdy zacznę obserwować w bezruchu, po prostu obserwować, okazuje się, że generalnie rzecz biorąc to się po prostu dzieję. Ja. Dzieję się. Na początek oddech. Wdech, wydech, bez udziału woli. Oddycham. Serce. Bęc, Beng, Beng. Wali, przetacza całą krew we mnie. A ja się nie wysilam. W moim ciele dzieją się tryliony, tryliardy, ciągle, ciągle, w nieskończoność, nieskończoność, reakcji chemicznych i innych, starć komórek, walki, symbiozy. Tu też raczej nie nadzoruję procesów zbyt pilnie. A się dzieją.

I kto to robi? Skoro nawet nie wiem, nie czuję, że to się dzieje, to w takim razie to jeszcze ja, czy nie ja?

Ja? To jestem tym czy nie? Czy tego doświadczam? Swojego ciała? To ja czy moje ciało? Z czym się utożsamiam?

A jeśli tak, to kto doświadcza ciała? Kto obserwuje? Mózg? He He. No no.

 

Naukowcy z zespołu kierowanego przez neurobiologa Johna-Dylana Haynesa z Bernstein Center for Cmputational Neurosience w 2013 roku przeprowadzili badania z użyciem czynnościowego magnetycznego rezonansu jądrowego (fMRI). Prosili ochotników znajdujących się w aparacie o podjęcie decyzji, czy dodać, czy odjąć dwie liczby. Urządzenia zarejestrowały aktywność neuronalną w mózgu na cztery sekundy przed tym, zanim podjęli świadomą decyzję.

Wcześniej w latach 80. XX wieku podobny eksperyment przeprowadził Benjamin Libet. Tyle że przy pomocy elektrod wykrywających fluktuacje w aktywności elektrycznej, tzw. potencjał gotowości, który występował na pół sekundy przed poruszeniem się, podczas gdy uczestnicy uświadamiali sobie swoją decyzję na jedną czwartą sekundy przed poruszeniem się.

Stąd by wynikało, że w zasadzie nasze ciało już wie, co zrobimy, zanim my to postanowimy świadomą częścią umysłu, zanim informacja dojdzie do wierzchołka i wierzchołek to przekmini tak, że to on zadecydował. Ale w świecie nauki to wciąż nie rozstrzygnięte: mamy wolną wolę, czy nie mamy?

A gdyby, nasze myśli, nasza wola, nasze działania, nasze uśmiechy, nasze łzy, śmiech, śpiew, taniec, nienawiść, przydarzały się nam, tak jak oddech albo bicie serca? Nawet nasze decyzje, że zmieniamy jakieś zachowanie, siebie? I wszystko to, co mieści się w obszarze nazywanym wolą? Co, gdyby to się działo po prostu? Tak jak wiatr na łące i liście na drzewach?

Tylko że tu iluzja tego, że mamy na to wszytko wpływ, jest jeszcze większa?

Co gdyby iluzja wpływu, sprawczości, była tylko rozkminką, grą umysłu?

A moje czytanie tak samo przydarzałoby mi się, jak Romkowi oddychanie przez rurkę i przekrwione oczy?

A co gdyby tak naprawdę chodziło jedynie o to, żeby nie przeszkadzać? Robić swoje. Oddychać. Bo wolą możemy jedynie oddech zaburzyć, powstrzymać.

No. Oddychaj i nie przeszkadzaj. Dziej się.

Ale by było.

Tak jak ja i Romek. Obaj przez mrugnięcie okiem doświadczamy tylko swojego tańca w wieczności. Ja i Romek. Niczym nie różniący się od siebie. A te rozkminki to tylko refleks zachodzącego słońca na wycinku fali w nieskończonym oceanie.

Mrugamy do siebie. Ja mrugam do siebie. Wciąż od nowa.

Uff. Tak to jest, jak się czyta takie nudne książki.


0 komentarzy do “Wybór – prawda czy iluzja?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Spotkania

Bycie w chwili

      A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale Read more...

Spotkania

Być bezdomnym – nadawanie znaczenia sytuacji

Siedzę na ławce na dworcu autobusowym Młociny. Słońce świeci rozkosznie, na niebie kilka chmur, czekam na autobus do Wrocławia. I piszę sobie kilka myśli, które błąkają mi od jakiegoś czasu w głowie. Obok mnie siedzi Read more...

Spotkania

Być w chwili

A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale na pierwszym planie Read more...