Byłem w górach.
Przedtem byłem na facebooku.
Pokazywałem znajomej fanpage mojego brata, Piotrka, który robi tatuaże. Dawno tam nie byłem. Patrzę, a tam co zdjęcie, to tysiąc lajków (no, prawie) i serie propsujących komentarzy.
I zrobiłem się zazdrosny.
Tak, zazdrosny. Nie to, że nie cieszę się z jego sukcesów. Cieszę się i jestem dumny z mojego brata.
Czasem mam takie momenty, takie myśli. A raczej jakaś część mnie. Gdy z jakichś powodów nie czuję się do końca spełniony w danej chwili. Wtedy patrzę na ludzi, którzy sprawiają wrażenie spełnionych i nie zawsze się inspiruję. Czasem im zazdroszczę. Wpadam w blazę i frustrację.
Myślę sobie: kurwa, no! Oni mają, a ja nie mam. Dlaczego tak?
I bywa tak, że na jakiś czas wpadam w kołowrotek myśli o tym, że ja nie mam, oni mają i jeszcze przy okazji dissuję siebie, że w ogóle tak myślę.
Gdy emocje opadną i brud osiądzie na dnie, zdaję sobie sprawę, że:

Po pierwsze. Wszyscy ci ludzie spełniają się głównie dzięki temu, że odważyli się podjąć szereg konsekwentnych decyzji we właściwym czasie. I tak naprawdę złości mnie to, że sam nie zawsze jestem konsekwentny w ważnych dla mnie decyzjach.

Po drugie. Tak właściwie to co to w ogóle znaczy, że oni mają, a ja nie mam?
Bo gdy myślę o tym, akurat siedzę na głazie. Otoczony górami. Pośrodku doliny, w której piękno trudno mi uwierzyć. Gdzie nie spojrzę, tam coś niesamowitego. Wkładam dłoń w chłodny śnieg. Przez błękitne niebo jak fale przetaczają się białe obłoki w każdym kształcie.
Cisza taka, że trudno ją usłyszeć.
Przed chwilą rozmawiałem z przyjacielem, którego obecność i rozkminki niezwykle cenię. Kilka kilometrów stąd czeka na mnie cudowna kobieta.
Wypracowałem sobie świetne stosunki z rodzicami i generalnie mam wspaniałą rodzinę.
Otaczają mnie niemalże sami zajebiści ludzie (tak ich widzę). Mam ręce, nogi, głos, sprawnego penisa i żadnych chorób o których bym wiedział.
Póki co, żyję w części świata, gdzie nie wybuchają co chwilę bomby i nie budzą mnie serie z karabinów maszynowych.
Robię zajebiste rzeczy, mam głowę pełną pomysłów i życie pełne wybojów, zakrętów, upadków, wzlotów i zajawki. I, jak mniemam, to dopiero przedbiegi do całego życia zajebistości i wyzwań. A najlepsze jest to, że zawsze, niezmiennie, mam wybór.
Ale gdy wypala się ekscytacja – chuj. Dalej mało.

Bo zawsze można lepiej. Bardziej. Szybciej. Mocniej. Więcej. Więcej. Więcej jeszcze. Więcej piękna, miłości, więcej wrażeń, ekscytacji, osiągnięć, wiedzy, doświadczania. Więcej celów. Więcej klepania po plecach. Więcej oklasków.
Czasem czuję się jakbym wkręcił się w konkurs, kto będzie miał bardziej zajebiste życie. Więcej lajków na facebooku, lepsze zdjęcia z podróży, więcej miłości i spełnienia.
Czasem czuję się jak apetyt, który bez głodu by nie żył.
Mam, nie mam – nie ma znaczenia. Szklanka jest. Do połowy pusta, czy do połowy pełna?

Idę. Czapy śniegu załamują się w oddali. Słońce przebija przez chmury i tańczy z cieniem w różnych pozycjach. Góry zlewają się z niebem. Spod skał i śniegu przebijają martwe krzewy. Wszystko tak nierealnie piękne.
Tak niepraktycznie piękne. Bo te góry stoją, zachwycają i nic z tego nie wynika.
Stoją, a dzieci w Afryce nie przestaną od tego głodować. Wojny nie ustaną, ekonomia nie przyspieszy. Stoją. Nigdzie nie zmierzają. Nic nie osiągają. Z niczym nie walczą. Wiatr smaga je bezlitośnie, przychodzą i odchodzą zamiecie, burze. Zmienia się klimat, wymierają gatunki, przychodzą ludzie, powstają państwa i znikają. A one dalej stoją.
I po prostu są. Majestatyczne, surowe, niezrozumiałe. Odwieczne. Piękne.

Ostatnio skrolując fejsa zobaczyłem zdjęcia zrobione przez kumpla z mojej wsi. Na nich zachód słońca, łabędzie, jego dziecko, urokliwe zakątki powiatowego miasta w północno-wschodniej Polsce. Napisał, że: Jezu, jakie życie jest piękne. Ktoś skomentował: bo żyć trzeba umieć.
On odpisał: życie trzeba kochać takim, jakim jest.
Kładę się na śniegu i patrzę w słońce. Wokół tylko odcienie bieli, czerni i błękitu.
Dziś więcej nie trzeba.

A gdyby było tylko to? Tylko to piękno, co przed oczami? Tylko chłód wiatru i ciepło słońca?

Gdyby nie było horyzontów, do których można biec? Wiatraków, z którymi można walczyć? Pustych słów, dzięki którym można nie słyszeć siebie? Gdyby nie było rąk do klepania i oklaskiwania? Ust do pochwał? Uznania do zdobycia? Strachu, za którym można się schować? Miłości, na którą trzeba zasłużyć?

Jakbyśmy przeżywali nasze życia?


0 komentarzy do “Zazdrość”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Dwadzieścia centymetrów

Czasem się przytłaczam. Czasem przychodzą takie dni, chwile, że patrzę na białe kartki zawieszone na żółto pomalowanej ścianie: tam zapisane plany, wizje rozpisane kolorowymi mazakami. Patrzę i myślę:  Nie za dużo tego?! I przed oczami Read more...

Teksty Inspiracje

Strach to nędzna wymówka

„Strach jest nędzną wymówką, żeby nic nie robić. To nic nowego. Każdy kto żyje, musi odczuwać strach.” Clarissa Estes Pinkola, „Biegnąca z wilkami” Najczęściej jednak to nie strach jest wymówką. Najczęściej tak bardzo wypieramy to Read more...

Teksty Inspiracje

Koan

Życie to koan. A przynajmniej można tak zdecydować. Koan to jedna z metod nauczania w buddyjskiej tradycji zen. Zwykle jest paradoksalne pytanie lub opowieść. Koan wybija umysł ze skrępowania. Nie może on zostać rozwiązany przez Read more...