Jestem ciekawy, jak masz.
Na maksa jestem ciekawy, co jest w Tobie.
Tak naprawdę. Nie pod powierzchnią słów i skóry, ale do szpiku kości i do Twojego ostatniego atomu.

Przez wiele lat eksplorowałem miejsca, które nazwałbym dość mrocznymi. Jako reporter pisałem o bezdomnych, uchodźcach, więźniach, chorych, uzależnionych, ludziach z marginesu społecznego. Zwiedzając świat zawsze chciałem zobaczyć, co jest za kulisami. Pracowałem na budowach, szukałem spokoju w używkach, zdarzało mi się bawić w marynarskich kurwidołkach.
Wchodziłem głęboko w mrok i jeśli drążyłem wystarczająco wytrwale, zawsze na jego dnie znajdowałem światło. Często oślepiające. Zawsze proste. Jak życie ludzi, którzy w nim żyli.
Oni nie wierzyli w światło.

Dopiero potem zrozumiałem, że wchodziłem między odrzuconych przez świat, bo sam czułem się przez niego odrzucony. Wchodziłem między ludzi żyjących w ciemności, żeby zrozumieć swoją ciemność. Bo nie miałem odwagi przez nią przejść. Sercem, nie głową. Widziałem ten mrok. Pisałem o nim, nurkowałem w nim, ale jednak zawsze byłem obok. Nigdy w środku.

Potem zmieniłem kierunek. Zacząłem eksplorować miejsca, które można by nazwać dla kontrastu świetlistymi. Miejsca, gdzie ludzie pracują nad sobą, zajmują się rozwojem osobistym, duchowością i podobnymi. Medytowałem, podróżowałem do środka, wszedłem we własny proces terapeutyczny. Zacząłem na przeróżne sposoby doświadczać siebie i życia.

Odkryłem w sobie ogromne pokłady światła.
I się nimi zachłysnąłem.

Wcześniej świat widziałem jako miejsce, w którym gdzieś może i są piękne rzeczy, ale zasłonięte przez wielkie góry gówna i cierpienia. Wtedy było chujowo, ale stabilnie. Nie akceptowałem w sobie światła.
Później nie chciałem widzieć swojego cienia. I choć w całym tym procesie co chwilę rozrywało mnie między bezgraniczna ekstazą istnienia a najciemniejszymi miejscami, z których myślałem, że się nie wygrzebię, nie chciałem widzieć ciemności. Swoich słabości. Trudności. Zwyczajnej bezradności istnienia w tym dziwnym świecie. Chciałem ją wyciąć, wykastrować, pozbyć się jej.
Nie chciałem jej widzieć. Byłem przerażony,myślą, że ktoś mógłby ją zobaczyć (no dobra, czasem wciąż jestem).

Wskutek doświadczeń pod wpływem praktyk medytacyjnych, zmienionych stanów świadomości, czy też innych rzeczy (seksu, relacji, tańca, jogi, pływania, gry w ping ponga, sprzątania podłogi i życia ogólnie) doświadczałem stanów i rzeczy, których nie potrafię opisać słowami (choć tak bardzo próbuję!). Czasem trwały one ułamki sekund, czasem wydawałoby się, że całą wieczność. Czasem wiele dni, czy tygodni.
I oczywiste było dla mnie wtedy, że świat zupełnie nie jest tym, czym myślałem, że jest.
Wtedy każdą komórką swojego ciała czułem i wiedziałem, że życie to cudowna przygoda.
Nie smutny obowiązek. Brzemię, które trzeba nieść aż do śmierci. Udręka, rozpacz, ból i smutek. Bleh.
Przygoda. I jest w niej wszystko, czego potrzebuję.
Doświadczałem jedności ze wszechświatem. Przebłysków totalnej mądrości. Oceanicznej Miłości. I co tam jeszcze chcesz. Gdzie wszystko było proste jak zrobienie zupki chińskiej.

Bardzo wiele się zmieniło w moim życiu. Pewne rzeczy na stałe, inne na chwilę. Najważniejsze było to, że okazało się, że w tym życiu realnie mogę cieszyć się życiem. Spełniać swoje potrzeby, marzenia i robić to, co chcę i nieskończenie więcej, kiedy mam odwagę i determinację.

Spoko.
Tylko że zawsze, w którymś momencie, wracałem do siebie. Do Marcina. Który nie zawsze ma odwagę. Który nie tylko jest mądry, inteligentny i ogarniający. Który bywa słaby, głupi, nieszczery, bezradny i nie potrafi przykręcić śrubki w odpowiednią stronę. Który ma jeszcze sporo traum pochowanych tu i tam. Który czasem zazdrości, szuka uznania i klepania po plecach. Który czasem się grubo wkurwia i jak słyszy wtedy, że miłość, miłość, to ma ochotę odgryzać krtanie. Który czasem po prostu nie ogarnia.
I to są moje ograniczenia. Mam ich trochę i więcej.

I okazuje się, że można je mieć. I robić swoje. Kochać. Mieć piękne relacje. Jarać się życiem. I żyć szeroko, przygodowo, głęboko i w miarę przyzwoicie.

I że w moim przypadku nie chodziło tak naprawdę o ograniczenia, tylko o to, że ich nie akceptuję.

Po drodze życia zdałem sobie sprawę, że mogę siedzieć ze skrzyżowanymi nogami w nieskończoność, a i tak nie ucieknę przed sobą i przed ekspresją siebie. Że mogę wypić oceany Medycyny, a i tak będę miał rachunki do zapłacenia. Wkręcać sobie, że nie mam potrzeb i nieświadomych popędów. Wmawiać sobie, że om, miłość, akceptacja i co tam jeszcze, wizualizować całymi dniami wieczne szczęście, totalną miłość, całkowitą mądrość i dolary na koncie, a i tak nic z tego będzie, jeśli będę to robił po to, żeby uciec przed tym, co jest.
Przed sobą.
Jakiś czas temu stwierdziłem, że zamiast być idealny, wolę być prawdziwy (ale wraca to, oj, wraca).

I gdzieś po drodze, po długim biegu i ucieczce przed sobą stwierdziłem, że nie umiem pozbyć się cienia. I że też bezsensu to. Bo to tak jakbym chciał się nocy pozbywać.
Że jedyne, co mogę, to spojrzeć na niego. Poznać go. Oswoić. I chociaż polubić (Potańczyć z cieniem też spoko).

I nigdy w życiu nie poznałem człowieka, który by nie był człowiekiem.
Który by nie był unikalny i nie miał w sobie piękna i miłości.
Ale też nie poznałem człowieka, który by nie miał słabości.
Nie poznałem nikogo, kto by nie miał w sobie dnia i nocy. Światła i cienia. Za to poznałem w życiu bardzo wielu ludzi (sam taki byłem), którzy temu zaprzeczali. I albo robili wszystko, żeby się pozbyć ogromnej części siebie, albo udawali, że jej nie mają.

I moim zdaniem tworząc taką pozę, tworzą dla innych nieosiągalny, niedościgniony wzór, który jest jak znalazł dla naszego naszego pięknego społeczeństwa, wypełnionego ludźmi, którzy nie akceptują siebie i swojego życia. I zamiast odkrywać siebie, chcą się zmieniać.

Moim zdaniem z tym byciem idealnie albo prawie (oświeconym, szczęśliwym, świetlistym, kochającym i całą resztą) jest trochę jak z miejską legendą. Wszyscy o takich ludziach słyszeli, czytali, ale nikt tego nie przeżył i nie zna nikogo kto by taki był naprawdę.

Poza tym im dłuższy cień, tym jaśniejsze światło. I na odwrót.

Dlatego nie wierzę, gdy gdzieś czytam, lub gdy ktoś mi mówi, że jego życie to nieustające pasmo sukcesów, a on jest zawsze szczęśliwy i wszystko mu się udaje. I wszystkie naczynia umyte i skarpetki zawsze wyprane.
Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że mają wszystko przerobione.
Nie wierzę oświeconym, idealnym, zawsze uśmiechniętym.
Nawet nie dlatego, że uważam, że to niemożliwe.
Nie wierzę, bo uważam, że to nieludzkie. Po prostu.

Dla mnie życie jest święte. Ale nie tylko z „om” na ustach i gęsią skórką od ekstazy, ale też z kupą w gaciach i smrodem spod pachy.

I jedno i drugie się mi się w życiu zdarza.

I to być może to sprawia, że chujowy ze mnie oświecony.
Ale za to człowiek zajebisty.


0 komentarzy do “Dzień i noc”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Dwadzieścia centymetrów

Czasem się przytłaczam. Czasem przychodzą takie dni, chwile, że patrzę na białe kartki zawieszone na żółto pomalowanej ścianie: tam zapisane plany, wizje rozpisane kolorowymi mazakami. Patrzę i myślę:  Nie za dużo tego?! I przed oczami Read more...

Teksty Inspiracje

Wyprawa po szlugi

A gdyby tak życie było wyprawą po szlugi? Pomyśl tylko. Budzisz się, dostajesz światłem jarzeniowym w twarz, boli, boli, strasznie boli, oddzielają cię od ciepła, błogości, szczęścia, raju, dają klapsa w dupę, owijają prześcieradłem, kładą Read more...

Teksty Inspiracje

Miłość

Noc. Tuż przed północą. Zadzwoniłem do rodziców. Zasypiali. Powiedziałem, że bardzo ich kocham. Wcześniej siedziałem na kanapie z półprzymkniętymi oczami. Gapiłem się w niebo. Widziałem gwiazdy przysłonięte chmurami. Zobaczyłem siebie w długim, nieskończonym rzędzie moich Read more...