Zaczynam.

Biorę do ręki harmonijkę Hohnera w tonacji bluesowej.

Gram. Żadną konkretną melodię. Bo i też nie umiem żadnej zagrać. Od kiedy dwa lata temu wziąłem po raz pierwszy do ręki harmonijkę, niemal wyłącznie improwizuję.

Gram to, co do mnie przychodzi. Co mam w sobie w tamtej chwili.

Johanna wyjmuje klarnet i kartkę z nutami. Zaczyna grać jakiś utwór. Znam go bardzo dobrze, ale nazwy nie pamiętam. Ależ pięknie brzmi ten klarnet! Cudowny dźwięk.

Harmonijka mi nie pasuje do tego utworu. Proponuję improwizację. W jedną rękę biorę grzechotkę, do ust przykładam harmonijkę. Johanna przysłuchuje się przez chwilę i zaczyna grać. Najpierw pojedyńcze dźwięki. Łączy je w melodie. Na pierwszy rzut ucha harmonijka i klarnet zdają się pasować do siebie jak moherowa babcia do wiejskiej dyskoteki techno. Ale po chwili zaczyna to jakoś brzmieć. I z każdym dźwiękiem coraz bardziej mi się podoba!

Bawię się. Eksperymentuję.

Otwieram oczy i patrzę na Johannę.

Widzę, że na początku improwizacja przychodzi jej z trudem. Przez chwilę patrzy na nuty urywając dźwięki. W którymś momencie zamyka oczy. Widzę jak rozluźnia ramiona. Uśmiecha się.

Przysłuchuje się harmonijce i wchodzi, dopasowuje, reaguje. Bawi się. Eksperymentuje. W mojej ocenie jest świetna.

Przerywamy. Patrzymy na siebie. Śmiejemy się.

– Bardzo fajnie! – mówi Joahanna. – Trochę trudno gra mi się bez nut. Przez długi czas miałam w głowie: czy to dobrze brzmi? Czy gram właściwie? Według klucza? – zaczyna się śmiać – i co by powiedział mój nauczyciel muzyki. Ale w którymś momencie puściłam i było wspaniale.

Proszę ją o klarnet. Czarny, ze srebrnymi dodatkami. Smukły, zgrabny, przypomina mi czarną panterę w świecie instrumentów.

Johanna na szybko pokazuje mi się jak się na nim gra – a raczej jak wydaje dźwięki. Na początku nie potrafię wydobyć z niego dźwięku – żeby to zrobić, trzeba ułożyć usta i dmuchnąć w niego w odpowiedni sposób. Po kilku próbach udaje mi się. Połączenie pierwszych trzech wyższych dźwięków brzmi dla mnie niesamowicie jazzowo. Zaczynam łączyć ich kombinacje.

Włączam wyobraźnię:

Upalna noc. Pusta ulica, zamglone miasto gdzieś w południowej Ameryce.

Stoję na chodniku i gram. Na twarz mam nasunięty szeroki biały kapelusz. Pod nogami dogasa papieros. Z mgły wychodzi para młodych ludzi. Trzymają się za ręce. Są pijani sobą i nocą. Gorące ciała lgną do siebie. Serca tańczą w niepokojącym rytmie jazzu, który gram obok.

improwizacja

Uff.

Eksperymentuję z niższymi dźwiękami. Tutaj czuję się, jakbym grał ścieżkę dźwiękową do bajki Disneya.

Zaczarowany las. Tętni, pulsuje. Wokół mnie fosforyzujące rośliny. Ruchliwe, giętkie, żywe. Z gałęzi potężnych drzew patrzą na mnie ciemno zielone elfy ze spiczastymi uszami. Kolorowe krasnale siedzą w trawie i patrzą z podziwem jak tańczę zwinnie pomiędzy drzewami dmuchając jednocześnie w klarnet.

Jaram się!

 

IMPROWIZACJA

 

– Kocham improwizować – mówię.

– Ja też. Uczę się tego. Dla mnie to trochę tak, jakbym grała od środka. Słuchała ciebie, łączyła się z twoją melodią, ale dźwięki, które z siebie wtedy wydaję nie są już odtwarzaniem. Są moje. Jakby na ten jedyny moment, były wyjątkowym, nie mogącym się już nigdy powtórzyć przedłużeniem mnie samej – Johana urywa i patrzy na mnie, jakby gdyby powiedziała coś głupiego – Wiesz o czym mówię?

– Doskonale – uśmiecham się.

Przez większość życia, nie tykałem intrumentów, bo myślałem, że nie umiem na nich grać. Byłem przekonany, że żeby „grać” na instrumencie, trzeba spędzać godziny, trzeba to robić jakoś, według klucza, właściwie. I w którymś momencie, po wielu mozołach, gdy już ktoś ci powie, że brzmisz fajnie, to wtedy będziesz mógł powiedzieć sobie, że: tak, umiem grać.

A że nie chciało mi się spędzać mozolnych godzin, odpuszczałem sobie.

Podobnie nie śpiewałem, bo myślałem, że nie umiem. Podobnie nie robiłem ogromnej ilości rzeczy w życiu, bo wydawało mi się, że trzeba je umieć, żeby robić.

Między innymi dzięki harmonijce uczyłem się odpuszczać.

Przede wszystkim to, że żebym czerpał z grania radość, moje granie musi się podobać komuś więcej niż mnie. Gdy podoba się też innym, lepiej być nie może. Ale przyjemność zawsze zaczyna się ode mnie.

Odpuszczać przekonanie, że muzyka musi być jakaś. Musi mieć określoną formę. Powtarzalną, odtwarzalną.

Nie jestem muzykiem. Nie potrafię czytać nut. Nie znam skali, tonacji i czego tam jeszcze.

Po prostu gram i jest mi zajebiście.

Najbardziej jaram się przykładając instrument do ust, gdy nie wiem, co zagram. Bo nie wymyślam tego grania. Ono wypływa ze mnie. Instrument staje się medium mnie samego. Tego, czego nie potrafię nazwać, sformułować myślą. Czego być może w inny sposób nie potrafię wyrazić.

Instrument staje się wtedy eksperymentem. Zabawą. Ekspresją. Radością. Medytacją. Modlitwą.

 

TECHNIKA

 

Tylko, że bez dyscypliny i systematyczności w eksperymentowaniu i eksploracji, beztechniki staje się jak Ferrari, którym można wyczyniać cuda na kiju, a nam wystarcza raz w miesiącu zrobić dwa kółka wokół domu. Jak najwspanialsza kobieta, z którą można odkrywać wszystkie odcienie miłości i seksu, a my zadowalamy się dreszczem jednej nocy.

– A ja uczę się techniki – mówię do Johanny. – Dyscypliny w ćwiczeniu. Wyobrażam sobie, że z pozoru tak dla mnie nudna, daje dużo więcej możliwości do zabawy. Szersze perspektywy, więcej narzędzi, inspiracje do kreacji. Pod warunkiem, że jest szerszą i ciekawszą drogą do wolności, a nie stają się sztywnym ograniczeniem.

Bo to, co nazywam mistrzostwem, to coś dużo więcej niż improwizacja. Moim zdaniem jest połączeniem doskonale opanowanej techniki ze swobodnym przepływem intuicji i improwizacji.

Dla mnie nie ma nic bardziej subiektywnego niż twórczość. Jednym się podoba, innym nie – w zależności od tego, jakie przyjmą kryteria.

Mistrzostwo to dla mnie osiągnięcie najwyższego poziomu umiejętności w obrębie pewnych przyjętych kryteriów.

W każdej dziedzinie życia. W każdej czynności. Artyści politycy, graficy, sprzedawcy, kucharze, piloci samolotów, budowlańcy, terapeuci. Zdecydowanie można być mistrzem nawet w sprzątaniu klatek schodowych.

Tak sobie wyobrażam, że każde prawdziwe mistrzostwo zaczyna się z radości tworzenia, czy po prostu działania.

Ale też ze świadomego przyjęcia określonych kryteriów w obszarze, w którym chcemy zostać mistrzami. Bo, powiedzmy, gdybym dziś pisał reportaże używając literackiej stylistyki z lat dwudziestych, nie sądzę, żeby ktoś mnie wydrukował.

Uważam również, że świadome przyjęcie kryteriów daje konkretne korzyści. Na przykład:

  • – pewność siebie. Bo wiesz, w czym się poruszasz i gdzie jesteś w obrębie danych kryteriów. Wtedy nie ma potrzeby przejmować się, gdy ortodoksyjny fan techno mówi Ci, że jesteś kiepskim chórzystą (A gdy wiesz, że wartość nikogo nie jest zależna od żadnej oceny, to w ogóle nie ma potrzeby się przejmować);

 

  • – Wiesz, co robić, jeśli chcesz osiągnąć uznanie ludzi, którzy używają podobnych kryteriów. Przykład: chcesz być gwiazdą – jedź do Hollywood. Trochę już passe, ale wiesz o co chodzi.

 

  • – Wiesz, co robić, jeśli chcesz na tym zarabiać hajs.

Mam wrażenie, że to działa na trzy sposoby: albo się podpinasz pod czyjeś kryteria – kogoś, kto decyduje, co jest dobre, a co złe, czyli ma władzę i hajs, żeby ci zapłacić;

Albo używasz tylko swoich kryteriów, działasz według nich i masz szczęście, że jesteś geniuszem (Picasso, Steve Jobs i reszta) i ci, co mają hajs i władzę, nie mają wyjścia i całują ci stopy (albo nie);

albo znajdujesz balans między tymi opcjami.

 

W każdym razie świadome przyjęcie kryteriów pozwala ustalić skuteczną strategię w osiąganiu celów.

Moim zdaniem mistrzostwo kończy się tam, gdzie kryteria już nie wystarczają. Tam, gdzie zaczyna się obszar, gdzie nie ma żadnych miar, granic, wydeptanych dróg.

Tam zaczyna się geniusz.

Ale przed tym wszystkim jest zabawa.

Dobrze od tego zacząć.


0 komentarzy do “Improwizacja czy technika”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Relacje

Dzień Dziecka

  „Chcesz uniknąć krytyki? Nic nie rób, nic nie mów, bądź nikim.” Arystoteles Z okazji Dnia Dziecka. Z tęsknoty za pełną ekspresją, ciekawością świata i eksperymentowania. Za głodem doświadczania i czucia mimo strachu. Za swobodnym Read more...

Wyrażanie siebie

Bądźmy artystami

W nowym roku życzymy Tobie i sobie, żebyśmy zostali artystami. Siebie. Życia. Mamy wrażenie, że w naszym kręgu kulturowym uważamy, a przynajmniej my przez większość życia szliśmy z takim przekonaniem, że sztuka to coś przede Read more...

Wyrażanie siebie

Taniec ze strachem

Tańczyłem na sali pełnej ludzi. Tańczyłem. I chyba pierwszy raz w życiu, przez większą część tego czasu po prostu robiłem to. Nie myślałem. Nie memłałem w głowie: czy ładnie wyglądam? Widzą, nie widzą? Czy nie Read more...