granice

Ogromna większość ludzi wychowuje się w świecie, w którym od dzieciństwa nieustannie przekracza się, łamie i gwałci granice. Mówiąc nam, co mamy robić. Jak żyć. Co jest dobre, a co złe. Wmawiając nam, jakie myślenie jest właściwe i czego potrzebujemy do szczęścia.

Granice, których najczęściej nawet nie jesteśmy świadomi. Bo znać swoje granice, to też znać siebie. To świadomość płynąca ze środka: czego chcę. Czego potrzebuję. A czego nie. Co jest dla mnie korzystne, a co nie jest. Co jest dla mnie ważne, a co ważniejsze.

W tym sensie to, co postrzegamy, jako życiowe błędy, porażki, stagnacje, czy relacyjne konflikty mogą być darem, bo poprzez uczucia pokazują nam, gdzie te granice przebiegają.

Dbanie o swoje granice to wyraz szacunku i troski o siebie. O swoje wartości. Często wtedy, gdy inni po nich depczą.

Dbanie o swoje granice to też stanowcze pozwolenie sobie na bycie sobą. To dbanie o prawo do własnych uczuć, przestrzeni, myśli, marzeń. Do realizacji siebie w wybrany przez siebie sposób. Sposób prawdziwy, pochodzący ze środka – a nie wymyślony na podstawie oczekiwań innych.

Stawiać granice to znaczy potrafić powiedzieć pełne mocy: „nie”.

Gdy ktoś wchodzi z butami w nasz świat i mówi, że tu wszystko jest nie tak i on tu zrobi porządek.

Gdy ktoś wmawia Ci, że to, co czujesz i myślisz jest nieważne i nieprawdziwe.

Gdy ktoś wciska Ci winę za swoje decyzje.

Gdy ktoś twierdzi, że jesteś mniej niż kapitanem i najwyższą wyrocznią odnośnie spraw swojego życia.

Gdy sami sobie wymyślamy tysiące zadań, obowiązków i wytłumaczeń tylko po to, żeby nie robić tego, za czym tęskni nasze serce, a czego zwykle przeraźliwie się boimy.

ŻYCIÓWKA

Gdy poznałem Martę i jej syna Oliwiera, nie utrzymywali ze sobą kontaktu już od dłuższego czasu.

Moja interpretacja ich relacji:

Wychowywała go praktycznie sama. On wchodził już w dorosłe życie. Kończył renomowane studia z wysokimi wynikami. Czekała go świetna kariera. Ona rozwijała się od wielu lat. Warsztaty, kursy, praktyki medytacyjne, terapie, różne formy sztuki. Wciąż odkrywała siebie: swoją kobiecość, duchowość, seksualność, emocjonalność. Była wulkanem energii, kreatywności i kobiecego ciepła. Ale też niestabilności emocjonalnej. Robiła dla swojego syna wszystko, jak umiała najlepiej w każdym momencie swojego życia.

Jak wielu, jej historia była historią przekraczania jej granic.

Gdy zaczęła pracować nad sobą, rozwijała w sobie kreatywność, miłość, ale nie to, czego jej od zawsze brakowało: stanowczości i klarowności w obronie swojej wartości i tego, co dla niej ważne. Przez to, że nie umiała bronić swoich, nieustannie przekraczała granice osoby, którą kochała najbardziej.

(Moim zdaniem to jak traktujemy siebie, niemal zawsze odzwierciedla się w tym, jak traktujemy najbliższe nam osoby.)

W najlepszej intencji wkładała swojego syna w swój świat. Mówiła mu, co jest właściwe, co jest dobre. Kształtowała go na swoje podobieństwo.

Nieświadomie i nieuchronnie na tamten moment przenosiła na jego wychowanie schematy wyniesione z domu. Między innymi matczyny schemat nadopiekuńczości, kontroli i dominacji.

Choć to ostatnia rzecz jaką chciała zrobić, jej wulkan energii, jej ekspresja i potrzeba uwagi pochłonęła jej syna.

On, chłopiec o przeciwnej energii: łagodny, spokojny, wycofany. Niesamowicie zdolny i inteligentny, bardzo emocjonalny, jednak nawet nie w połowie jak mama. Poddał się ekspansywnej energii matki. Jego duch wycofał się głęboko. Jego siła została przygnieciona pod nieświadomą dominacją rodzica.

 

wieżowce.jpg

UKRYTE „NIE”

Tak często mówimy „tak” wbrew sobie.

Pozwalamy na przekraczanie granic, żeby zasłużyć. Na miłość, szacunek, uznanie, akceptację. Zwłaszcza jako bezbronne dzieci.

Albo ze strachu. Przed odrzuceniem. Przed samotnością. Przed konfrontacją. Przed oceną. Przed tym, żeby ktoś czegoś nie powiedział. Żeby nie okazało się, że jesteśmy złymi ludźmi. Dumnymi, próżnymi. Cokolwiek innego niż dobrymi.

Albo ze wstydu.

Albo poczucia winy. Bo przecież pewnie na to wszystko zasłużyłem.

To co robimy wbrew sobie, odkłada się w przygaszonych oczach, spiętych mięśniach, zaciśniętej szczęce. Złość, bezsilność, rozpacz. Pęcznieją z każdym dniem życia wbrew swojej prawdzie. Spalają wnętrzności. Albo rozkładają je w zgniliźnie. Szukają ujścia i wyrazu. I zawsze prędzej czy później znajdują.

Brak szacunku do swoich granic to moim zdaniem życie w uległości wobec przemocy. Cudzej lub własnej. Na dłuższą metę spychamy ten fakt do nieświadomości. Na przykład ze wstydu. Bo w ten sposób gwałcony jest szereg naszych podstawowych potrzeb. Albo po prostu żeby przetrwać. Za tym idą uczucia, które gdy wyparte, działają z ukrycia. Najczęściej niszczycielsko.

Czasem może wyglądać to tak, że na zewnątrz ktoś przyjmuje na siebie całe zło świata, wszystkim pomaga lub tę pomoc deklaruje ( przynajmniej mentalnie – chociażby zażarcie oglądając wiadomości i lamentując nad kondycją świata), przyjmuje cios za ciosem (bo przecież on czy ona jest obrońcą). A w środku, za kulisami odpadający tynk, zawierucha i zgnilizna. I te wszystkie uczucia związane z działaniem wbrew sobie (na głębokim poziomie) mogą znaleźć (i zwykle znajdują) ujście w relacjach z najbliższymi osobami (partnerami, dziećmi, bliskimi przyjaciółmi). Albo w relacji z samym sobą.

Nic w przyrodzie nie ginie.

Paradoks: chcemy zbawić ludzi i świat, a krzywdzimy siebie i sobie najbliższych.

Albo: ponieważ kochamy, dajemy łamać nasze granice. Oficjalnie dla dobra drugiej strony (albo dla dobra „relacji”). A tak naprawdę pozwalając na to krzywdzimy siebie, drugą stronę i tym samym relację.

Z moich obserwacji wynika, że to częste podejście w intymnych związkach i relacjach dorosłych dzieci z ich rodzicami.

ŻYCIÓWKA

Im bardziej Oliwier stawał się dorosły, tym bardziej oddalał się od Marty. Ich postrzeganie świata rozjeżdżało się, a ich relacja stygła. Jednak dalej był chłopcem mamusi, który bezskutecznie próbował się wyrwać z emocjonalnej dominacji.

Poszedł na terapię. Tam wyzwoliły się w nim potężne pokłady złości, której nie potrafił ukierunkować. Wyrzucił ją na nią. Ona nie potrafiła tego przyjąć. Nie umiała zobaczyć rozpaczy i bezsilności za tą złością. Nieświadomie nie chciała też uznać jego niezależności.

Zerwali kontakt na długo.

Miałem szczęście spotkać ich oboje i rozmawiać z nimi oddzielnie. Razem z Oliwierem doszliśmy do tego, że chodziło o granice, które były przeorane na wszystkie strony. O emocjonalne odcięcie pępowiny. O jego ducha, który był złamany. Za tą złością jednak była miłość. Ogromna miłość syna do matki, który wciąż chce być z nią w relacji. Ale partnerskiej. Równej. Gdzie on określa nieprzekraczalne granice swojego istnienia. Swoich poglądów i uczuć. Gdzie on określa co jest dla niego dobre, a co złe. Gdzie on i tylko on, bierze odpowiedzialność za swoje życie. W którym relacje zaczynają się od szacunku i uznania dla jego przestrzeni.

Zobaczył też inną perspektywę: że jego mama robiła to z miłości. Bo nie umiała inaczej kochać na tamten moment.

Tydzień później rozmawiałem o tym samym z Martą. Gdy zobaczyła to nie jako wyrzut i odrzucenie, ale jako proces dorastania jej syna i zaproszenie do dojrzałej relacji, przyjęła to i ucieszyła się.

Niedługo potem znów rozmawiali ze sobą. Zaczęli proces budowania nowej relacji.

SZACUNEK DLA INNYCH

Dbanie o swoje granice to też szacunek do innych.

Bo dzięki temu dajemy im okazję do bycia z nami w szczerej relacji.

Rzecz w tym, że często jest tak, że ludzie przekraczają nasze granice nawet nie wiedząc, że to robią.

Rodzice, którzy pomimo dorosłego wieku wciąż zachowują się, jakbyś był małym dzieckiem i mówią Ci, jak masz żyć.

Partner, który większość czasu przeznacza na swoje plany, kosztem Twoich i waszych wspólnych.

Pracodawca, który zasypuje Cię zadaniami i godzinami pracy ponad Twoje siły.

Znajomi i przyjaciele, dla których wciąż coś robisz kosztem swojego czasu, zajawek i zdrowia.

Ludzie wokół, których słowa i działania ranią Cię w taki czy inny sposób.

Bardzo trudno było mi skonfrontować się z faktem, że ludzie przekraczają moje granice nie dlatego, że są źli. Tylko dlatego, że im na to pozwalam.

Przyjąć, że niemal każdy aspekt mojego życia wygląda jak wygląda, bo najgłębszym poziomie sam tak wybieram? Ho ho, nie lada wyzwanie.

Często boimy się. Postawienia tych granic. Określenia swoich potrzeb. Stanowczego powiedzenia o tym, co nas boli. Co nas rani. I czego chcemy.

Z tego strachu racjonalizujemy. Znajdujemy tysiące powodów, że to się nie uda.

Bo to bez sensu.

Bo ona tego nie zrozumie.

Oni i tak się nie zmienią.

Zaraz wyjeżdżam, więc to się zaraz skończy.

Bo ich zranię.

Bo siebie zranię.

Oni są głupi i źli. I tu często zajmujemy się wymyślaniem całych złożonych historii dlaczego ktoś coś robi. Tworzymy rozległe diagnozy psychologiczne i społeczne.

Często po to, żeby, gdy już powiemy, co nas boli i dlaczego, usłyszeć: „przepraszam, nie wiedziałem”.

Nikt oprócz nas nie zadba o te granice. Bo dopóki ich nie określimy, nikt nie wie, gdzie one przebiegają. Często przez to, że całe życie były przekraczane, my sami tego nie wiemy.

Tylko skąd inni mają wiedzieć?

 

ĆWICZENIE:

1. Przypomnij sobie powtarzające się sytuacje, w której Twoi bliscy przekraczają Twoje granice. Wybierz jedną.

2. Napisz na kartce dokładanie: 1. Jaka sytuacja jest przekroczeniem Twoich granic. 2. Jakie uczucia to w Tobie wywołuje. 3. I dlaczego (jakie potrzeby są w tej sytuacji niezaspokojone) 4. Poproś bliską Ci osobę, żeby zachowła się inaczej (ważne, żeby prośba była pozytywna i konkretna).

3. Poproś tę osobę o rozmowę i powiedz jej o tym, co napisałeś/as. Nie czekaj aż sytuacja znów się powtórzy. Potraktuj to jako wstęp do rozmowy o granicach. Boisz się? Spoko, ja też 🙂

Powodzenia! 🙂


0 komentarzy do “Granice osobiste w relacjach cz. 1”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Rozmowy z Wujciem Włodziem

Jak masz na imię?

– Jak masz na imię? – Marcin. – Nie pytam, jak cię nazywają. Tylko jak masz na imię. – Hm – mruknąłem. Oho, pomyślałem, no to się zaczyna.  – Ale że co? – Nazywają cię Read more...

Rozmowy z Wujciem Włodziem

Puść hamulec

ONA: – Męczy mnie mój stosunek do przeszłości. WUJCIO WŁODZIO: – Co to znaczy? – Mam przeświadczenie, że przeszłość i ja jesteśmy czymś, czego nie da się rozłączyć. Że mnie determinuje. Że przez to jaka Read more...

Rozmowy z Wujciem Włodziem

Czerwone światło – o łykaniu etykietek i zamartwianiu się

Marek: – Ostatnio chodzę jakiś podenerwowany. Nie mogę się uspokoić. Jak coś mi wejdzie w głowę, zamartwiam się cały czas. Chodzę i mielę. Po mamie to mam. Teraz na przykład dwóch uczniów przyuczam do mojej Read more...