granice osobiste

Wiele rzeczy można robić, żeby schować się przed sobą.

Bardzo łatwo zrobić to za wyobrażeniem o sobie jako człowieku dobrym, przyzwoitym, oświeconym. Albo za biedną, bezradną ofiarą. I co tam jeszcze chcesz: nowoczesnym, poprawnym politycznie, zachowującym się właściwie, dobrze wychowanym, lewicowym, prawicowym, porządnym, proludzkim i tak dalej.

Podoba mi się określenie: fałszywa duchowość.

 

Bo przecież dobry, uduchowiony człowiek jest ponad tym. Ponad walką o siebie i swoją świętą przestrzeń. Przecież nie złości się, a już na pewno nie wkurwia, gdy mu ktoś depcze obcasami po gołych stopach. Gdy ktoś wbija szable w jego świat, podpala jego poglądy, osrywa jego przestrzeń, podciera tyłek tym, co dla niego ważne.

 

I tutaj często słyszę, że trzeba wysyłać do tej drugiej osoby akceptację, miłość i współczucie. Że walka o siebie to dobra dla zwierząt, a nie ludzi. Być może.

Takie osoby nie krzykną: „wypierdalaj bucu! Chcę szacunku”, bo przecież są ponad tym. Bo to się nie godzi. A już z pewnością już nigdy w życiu nie uderzę nikogo bo to obrzydliwe i w ogóle takie niecywilizowane.

Więc zamrażam się i udaję. Że wszystko fajnie, wszystko w porządku. Być może udaję współczucie albo nawet miłość. Być może z ukrytą pogardą. Wyższością. A w środku czuję strach. Paraliżujący strach przed swoją dzikością. Zwierzęcością, która gotowa jest odgryźć krtań i zmiażdżyć czaszkę każdemu, kto zagraża mojej wolności, zdrowiu i godności. Tak naprawdę to strach przed swoją siłą.

 

Miałem tak przez większość życia i czasem wciąż tak mam.

 

Z punktu widzenia fałszywej duchowości jesteśmy w toksycznych relacjach po to, żeby je zaakceptować. Czyli: mąż pijak bije żonę, bo taka karma. A nie po to, żeby mogła nauczyć się walczyć o siebie i swoje prawa do szacunku, miłości i radości.

KONTAKT

Żeby było jasne: nie jestem fanem mówienia każdemu, kto wbrew jasnym i zrozumiałym komunikatom wciąż przekracza moje granice, mocnych i ostrych słów. Nie jestem też fanem okładania się po twarzach w amoku (chyba że w sportowym kontekście).

Jestem fanem porozumienia. Szukania kontaktu. Wzajemnego szacunku i zrozumienia.

Ale wtedy, gdy szukanie go nie wynika ze strachu. Przed stanowczym postawieniem granic. Przed konfrontacją. Przed złością i użyciem swojej siły. Przed pozwoleniem sobie na ukazanie innych aspektów siebie, również tych niewygodnych.

Moim zdaniem rozwój to asymilowanie każdej cząstki siebie. W tym tej zwierzęcej. Agresji. Odpowiedzialnej za obronę naszą i naszych bliskich. Naszych marzeń i wartości.

 

Czasem może się okazać, że wystarczy stanowczo powiedzieć, co mnie boli i dlaczego i że na to nie pozwolę. A czasem mogę to mówić i mówić, a druga strona usłyszy dopiero „wypierdalaj”. Bo na przykład inny język kojarzy jej się ze słabością i nie zna świata innego niż opartego na dominacji i uległości.

 

Jeśli ktoś uderza Cię z liścia w twarz, a Ty jedyne, co czujesz do tej osoby to miłość, współczucie i pragniesz nadstawiać drugi policzek, to spoko, świetnie. Nawet gratuluję.

Ale czy naprawdę tak jest?

Czy raczej chciałabyś żeby tak było?

Czy wmawiasz sobie, że tak jest?

Moja propozycja dla świata (i dla siebie też): nie bądź uduchowiony. Bądź uczciwy.

 

Rzecz w tym, że jeśli przed sobą się nie przyznam, tym bardziej nie przyznam się przed drugą osobą. I nie dam nam szansy na zmianę.

 

jak stawiać granice

BIERNOŚĆ I AGRESJA

 

Moim zdaniem oba ekstrema są przez nas nadużywane.

Bierność i agresja.

Przez dużą część życia wstydziłem się i czasem wciąż się wstydzę swojej bierności w sytuacjach, w których ktoś stosował przemoc wobec mnie, albo innych ludzi, a ja byłem tego świadkiem. Często wtedy zamrażałem się w strachu, który uniemożliwiał mi jakikolwiek ruch. Najczęściej ze wstydu racjonalizowałem ten strach mówiąc sobie, że: to nie moja sprawa, i tak nic nie zmienię, nie mam szans, przegram, nie uda mi się, nie mam czasu, nie zdążę, to jego problem, to ich problem, zaraz minie, itp.

Mam wrażenie, że tak działa większość naszego społeczeństwa. Strach i bezsilność przemieniona w racjonalne zobojętnienie.

 

Drugie ekstremum pokazuje historia, którą opowiedział mi kumpel:

 

Marek pracował w fabryce koło Manchesteru. Niedawno przyjęli tam młodego Polaka, który nie mówił po angielsku. Od kilku dni Marek obserwował na przerwach obiadowych jak angole naśmiewają się z chłopaka, który samotnie jadł obiady w kącie. Nie to, żeby jakoś specjalnie się lubili, ale wkurwiało go, że ktoś tak traktuje jego rodaka. Nie chciał na to pozwalać. Chciał zareagować. Któregoś dnia wstał, bez słowa złapał drewniane krzesło i złamał je na głowie najgłośniejszego Anglika.

 

To był z kolei schemat Marka. Najskuteczniejszy był w bezpośrednim działaniu. Zwykle agresywnym. Kosztowało go to sprawę w sądzie i szereg mało przyjemnych konsekwencji.

 

Z pewnością każda z tych opcji ma swój urok.

Moim zdaniem można je połączyć. Na przykład łamiąc krzesło na głowie jednocześnie szepcząc czule: miłość!

A tak serio to można mówić o złości tak, żeby nie atakować. Można wyrażać i przeżywać emocje, nawet te najbardziej ekstremalne w sposób, który nie jest przemocą.

Można szanować swoją przestrzeń jednocześnie szanując przestrzeń innych.

 

Nie jest to łatwe (moim zdaniem), ale można. U mnie się sprawdza (kiedy się sprawdza).

Czasem zdarza mi się wpadać w pułapkę, że ze strachu zaczynam być miły zamiast stanowczo, szczerze i z szacunkiem mówić, co jest we mnie żywe.

 

Zauważyłem też, że fizyczne postawienie granic, w postaci na przykład jasnego komunikatu, działa bardzo symbolicznie na nasze wnętrze. Bo to tak, jakbyśmy mówili głośno i stanowczo światu, ale i przed sobą, do swojego wewnętrznego krytyka: „Jestem. I mam do tego prawo.”

Rzecz w tym, że ludzie mogą nas za to nie lubić. Mogą tego nie rozumieć. Mogą tego nie chcieć przyjąć, bo tak bardzo wygodnie im w ich schemacie.

I takie to ryzyko życia w zgodzie ze sobą.

Dla mnie praca z granicami to przede wszystkim ich świadomość. Ich komunikowanie. Najpierw szacunek i bezpieczeństwo. Potem rozszerzanie.

Bo z mojej perspektywy niewiele jest rzeczy ciekawszych niż rozszerzanie granic.

Z tym, że żeby wychodzić ze strefy komfortu najpierw dobrze jest ją mieć.


0 komentarzy do “Granice osobiste w relacjach cz. 2”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Relacje

Gdy chcemy, żeby inni spełniali nasze potrzeby

Uzależniając spełnienie swoich potrzeb wyłącznie od jakieś osoby, grupy, organizacji czy rzeczy gwałcimy jedną ze swoich (moim zdaniem) najważniejszych potrzeb – wolności. Marcie i Łukaszowi nie układało się już od dłuższego czasu. Poza pierwszymi miesiącami Read more...

Relacje

Granice osobiste w relacjach cz. 1

Ogromna większość ludzi wychowuje się w świecie, w którym od dzieciństwa nieustannie przekracza się, łamie i gwałci granice. Mówiąc nam, co mamy robić. Jak żyć. Co jest dobre, a co złe. Wmawiając nam, jakie myślenie Read more...

Relacje

Dlaczego nie chcemy czuć?

fot. Tom Pumford Dlaczego nie chcemy czuć? Bo to nieprofesjonalne, niepraktyczne, bolesne, śmieszne, głupie, niedojrzałe, nieciekawe, dziecinne, odrzucające. I tak dalej. Niedawno robiłem na ten temat uliczny research i miałem ogromną przyjemność rozmawiać o tym Read more...