Część II wywiadu z tatuatorem Piotrem Szotem, moim bratem.

„Wydaje mi się, że różnica między mną a wieloma ludźmi polega na tym, że jestem na tyle głupi, że mogę uwierzyć w o wiele więcej niż oni. Dlatego jestem w stanie to zrobić.

Po prostu robię research, poznaję zasady, dowiaduję się jak to zrobić, jak tam dotrzeć. I robię to.

Bo skoro ktoś inny to zrobił, to dlaczego nie ja?”

panorama kaszuby.jpg

 

M: Gdzie są granice?

P: Tylko w naszej wyobraźni. Moim zdaniem wszystko jest możliwe (śmiech).

M: Zawsze w to wierzyłeś?

P: Nie zawsze. Ale jestem w miejscu w którym jestem, bo gdy święcie uwierzę, że jestem w stanie coś zrobić, to jestem w stanie to zrobić. Jestem też na tyle głupi, że wierzę w różne dziwne rzeczy. I na tyle silny. To sprawia, że potrafię czasem „góry przenosić’.

M: No to jaką ostatnio górę przeniosłeś?

P: Na przykład uwierzyłem, że ludzie z różnych krajów i kontynentów będą przylatywać do mnie – do jakiejś góralskiej chaty pośrodku niczego.

M: Ale chyba nie myślałeś o tym od początku.

P: Na początku nie wiedziałem, czego chcę od tatuowania.

Jakieś 2,5 roku temu zwiedzałem Tajlandię. Tam poznałem tautatora: mieszkał w turystycznej miejscowości i wyglądało to jak raj. Myślałem jak by to było mieszkać w tak pięknym miejscu i nie martwić się o klientów.

Mniej więcej po 2 latach to się spełniło.

Jak sobie o tym myślę teraz, to jak wygrana w totka.

M: Cyk! Mówisz i masz.

P: Nawet mam to wytuatowane na ręku.

Całe moje życie udowadnia mi, że tak jest. Oczywiście, wszystko musi mieć swoje tempo, musi to zaistnieć poprzez sytuacje i działanie. Ale wiem, że jeśli chciałbym mieć willę na Hawajach albo zostać mistrzem reiki, to tak się właśnie stanie.

Muszę tylko najpierw usiąść i pomyśleć, jak to zrobić. A później to zrobić.

To chyba Konfucjusz powiedział: ten, który mówi, że może i ten, który mówi, że nie może – zazwyczaj obaj mają rację.

M: Jakiś haczyk?

P: Cierpliwość. Nie jest tak, że jak coś sobie pomyślę, to już mam. Wszystko musi mieć odpowiedni moment i możliwości, aby się zamanifestować. Warto też dbać o higienę myśli- medytację. Jeżeli w twojej głowie jest mnóstwo śmieciowych myśli to ciężej będzie się skupić na celu. Im czystsza głowa tym mocniej emitowana w przestrzeń intencja i tym lepsza odpowiedź Wszechświata.

No i część, o której wielu zapomina: odważne działanie. Jakbyś chciał np. teraz pogłaskać słonia po trąbie, to raczej, że słoń ci nagle nie spadnie z nieba. Musisz wstać, wyjść z pokoju, pojechać do zoo, poprosić szefa, czy samemu poczekać aż sam podejdzie. No i wtedy po trąbie go pogłaszczesz. To są właśnie możliwości.

M: Większość ludzi myśli, że przecież nie są aż tak głupi, żeby w to uwierzyć.

P: Wydaje mi się, że różnica między mną a wieloma ludźmi polega na tym, że jestem na tyle głupi, że mogę uwierzyć w o wiele więcej niż oni. Dlatego jestem w stanie to zrobić.

Po prostu robię research, poznaję zasady, dowiaduję się jak to zrobić, jak tam dotrzeć. I robię to.

Bo czemu nie?

Skoro ktoś inny to zrobił, to dlaczego nie ja?

M: Są rzeczy, które ci w tym pomagają?

P: Jeśli czegoś mocno chcę, wyobrażam sobie, że tam jestem. Wyobrażam sobie jak jestem ubrany, co widzę, co czuję. Czuję zapach, wiatr we włosach, jak najwięcej szczegółów, które przekonują mnie, że już to osiągnąłem. Ważne, żeby pamiętać, że niektóre rzeczy wymagają wielu lat, żeby mogły się zadziać.

M: Skąd to wziąłeś?

P: Dużo czytam (śmiech). Jeszcze w liceum przeczytałem jakąś książkę, w której napisano, żeby wypisać na kartce wszystkie swoje cele i codziennie przed pójściem spać czytać je i wizualizować.

Napisałem je na sztaludze, która stała przez pół roku obok mojego łóżka. Często nie zwracałem na nią uwagi, ale moja podświadomość owszem.

M: Co tam pisałeś?

P: No, że jestem szczęśliwy, bogaty, zdrowy, dużo podróżuję robię to, co lubię. Tego typu rzeczy.

Ważne jest pisać w pierwszej osobie, że już to mam.

M: A ludzie się z Ciebie nie śmieli?

P: Śmieli. W sumie prawie wszyscy (śmiech). Ale miałem to w dupie. Bo wiedziałem, że to działa.

Zawsze byłem bardzo łatwowierny i wierzyłem, w rzeczy, które dla innych brzmiały głupio, śmiesznie i nielogicznie.

Nosiłem kolorowe ciuchy i ciągle się uśmiechałem. Byłem niepoprawnym optymistą i zawsze wierzyłem, że jakoś się ułoży. Ludzie postrzegali mnie jako artystę dziwaka. A ja wierzyłem i robiłem swoje.

Dzięki temu doszedłem tu, gdzie jestem.

piotr.jpg

M: Jak obierałeś cele?

P: Bardzo ważne jest dla mnie, żeby robić w życiu coś dla innych. Kiedy robię coś dla siebie – spoko. Ale kiedy robię coś dla innych, wszystko nabiera szlachetności. Większego sensu. Wydaje mi się, że totalnie można połączyć te dwie rzeczy. Jeśli chodzisz uśmiechnięty po ulicy, ludzie też się będą uśmiechać. Mając w sobie mnóstwo dobrej energii, zarażasz nią innych. Poza tym to zwraca się ze zwielokrotnioną siłą. I samemu jesteś dzięki temu szczęśliwym. Ale myślę, że głównie powinniśmy myśleć o sobie. To jest punkt wyjścia. Nie uszczęśliwisz innych samemu nie będąc szczęśliwym. Nie dasz komuś czegoś, czego sam nie masz.

M: Działasz tatuując?

P: Moje tatuaże dają ludziom radość. Staram się też być kimś, kto spowoduje, że ludzie zaczną myśleć inaczej. Niestety większość społeczeństwa żyje w przeświadczeniu że ten konsumpcyjny matriks, który nas otacza to jedyna opcja. Kiedy podróżujesz, poznajesz mnóstwo inspirujących ludzi i nagle okazuje się, że sposobów na życie jest znacznie więcej. I że podążanie za marzeniami się opłaca. Że jeśli zaczniesz robić to, co sprawia ci przyjemność i przetrwasz okres przejściowy, będziesz szczęśliwy. Początki zawsze są trudne. Pokazuję, że w ogóle się da.

M: Co wtedy, gdy pojawiają się trudności? Zwykle historie ludzi, którzy osiągnęli sukces, są obfite w trudności.

P: Każda trudność, czy kryzys, który przeskoczysz, uczy. Na niczym się tak dobrze nie uczę, jak na kryzysach.

M: Jakiś przykład?

P: Chyba największy kryzys miałem z Piterem, tatuażystą u którego pracowałem w Kopenhadze. Był jednym z moich największych nauczycieli.

Chodziło o to, że gdy zacząłem pracować u niego robiłem kolorowe, realistyczne rzeczy. Po pół roku pracy u niego i wyjechaniu na 4 m-ce do Azji, doszedłem do wniosku, że będę robił black work, dotwork i że odrzucam realizm. On był zniesmaczony, że robię to samo, co on. Moim zdaniem tematycznie to co robiłem było zupełnie inne od tego, co robił on, mimo że to również był to dotwork.

Przez jakiś czas miałem wątpliwości, czy jestem w porządku. W końcu pomyślałem: mam odrzucić swoje marzenia tylko dlatego, że to przeszkadza komuś? Nie. Po prostu podążam za tym, co uważam za słuszne i za tym, co czuję. Zakończyłem współpracę, poleciałem do Polski, otworzyłem swoje studio i zrobiłem wszystko od początku do końca tak, jak chciałem. Bez chodzenia na kompromisy. Oczywiście wyjaśniliśmy sobie całą sytuację i teraz, znów jesteśmy przyjaciółmi.

Każda porażka tworzy nowe możliwości. Otwiera przestrzeń na coś innego. Co na pewno będzie lepsze od tego, co się nie udało.

M: Nie było ci przykro?

P: Przez chwilę było. Ale zamiast marnować energię na złoszczenie się, wolę wykorzystać ją na szukanie innych rozwiązań.

Kiedyś w Kopenhadze ukradli mi 20 tys. złotych. Zresztą przez moją nieuważność. Mogłem się wkurzyć, ale pomyślałem sobie, że widocznie tak miało być. Pewnie komuś były bardziej potrzebne. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Tego samego dnia to zaakceptowałem i czegoś się nauczyłem.

M: Cyk i puszcza?

P: Dla mnie to czysta logika. Albo się będę wkurzał i nic to nie zmieni. Pospinam ciało, naprodukuję trochę toksyn w organizmie, zepsuję sobie zdrowie. Ale w tym konkretnym przypadku w niczym mi to nie pomoże. To by było głupie. A ja wolę robić mądre rzeczy niż głupie.

M: I co, nie wracają do Ciebie te myśli?

P: Proste, że wracają. To trochę jak z medytacją. Nie daję im uwagi. Przychodzi myśl: co za kutas, mogłem za ten hajs tyle podróżować. Ale jak tylko ją łapię, myślę: no dobra, ale co mi da to złoszczenie? Odpowiedź: nic. No to ucinam.

Wychodzę z założenia, że jeśli coś się dzieje, to znaczy, że tak miało być.

M: Skąd takie założenie?

P: Mam zaufanie do Wszechświata. Boga, czy jak chcesz to nazwać.

Dawno temu postanowiłem, że wierzę w to, że wszystko jest najlepiej jak może być. Jeżeli myślę, że dzieje się coś złego, to dlatego, bo patrzę na to z malej, ograniczonej perspektywy. Nie posiadam wszystkich danych. Zawsze po czasie, okazuje się jednak, że to wszystko miało sens i koniec końców wychodzi na dobre.

Jak nie wierzysz w większy plan, to dużo ciężej jest odpuścić pewne rzeczy. Dla mnie to działa trochę tak, że im bardziej ufasz, tym dostajesz większe potwierdzenie i wtedy tym bardziej ufasz. Im mniej ufasz, tym dostajesz większy wpierdziel i tym mniej ufasz.

Jeżeli całe życie uważałeś, że cały Wszechświat jest twoim wrogiem, musisz walczyć, bo życie jest ciężkie, to on wysłucha twoich modlitw. Stworzy życie takie, jakie myślisz, że jest.

Ja ufam i Wszechświat mi to wynagradza. Robię to, co robię. Cieszę się tym, co mam. Wielka droga przede mną, ale koncentruję się na każdym kroczku. Wierzę, że wszystko idzie dokładnie w takim tempie, jakim ma iść i że wszystko, co się dzieje, w szerszej perspektywie dzieje się dla naszego dobra. Wybrałem kierunek, idę tam i ufam, że jeżeli całym sobą będę ogarniał, co pod moim nosem, dojdę gdzie trzeba.

M: Większość ludzi patrzy na górę, na którą chcą wejść i są przerażeni już na wstępie.

P: Bo jak spojrzysz na to, ile to roboty, to możesz sobie pomyśleć, że gdzie na Boga? A jak się dobrze zabezpieczysz, przygotujesz i będziesz szedł spacerkiem, to w końcu powolutku dojdziesz.


1 komentarz do “To nie my wybieramy marzenia, ale one nas cz. 2”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Rozmowy Szota

To nie my wybieramy marzenia, ale one nas cz.1

„Nie wymyślisz sobie, że od dzisiaj jarają cię pociągi i zostaniesz motorniczym. Albo cię jarają albo nie. Mam wrażenie, że nasze życie to nie tyle rozwój,  co odkrywanie siebie. Odkrywanie siebie prawdziwego. I otwieranie kolejnych Read more...