Czasem prowadzę warsztaty w ośrodkach leczenia i terapii uzależnień stowarzyszenia MONAR.

To, co uwielbiam tam najbardziej, to oglądanie społeczności terapeutycznych.

 

Wygląda to tak, że wszyscy domownicy siedzą w jednej sali, najlepiej w kole, i rozmawiają. Po prostu. O sobie, o swoich uczuciach, o tym, co ich boli, co im się podoba i nie podoba. Co uwiera, co wbija się w serce i rozsadza je tak, że najchętniej człowiek szedłby już spakowany do sklepu albo do dilera.

Chodzi tam o to, żeby być, a przynajmniej próbować być szczerym wobec siebie i innych. Jest prowadzący, jest terapeuta, który moderuje, ale tak naprawdę to domownicy są na pierwszym planie. Oni są mądrością tego miejsca. Terapeuta ma być akuszerką.

 

Gdy tam jestem, słucham. Patrzę. I nie mogę się nadziwić. Ludzie, którzy gdzieś po drodze weszli w sam środek wielkiej góry gówna, mniej lub bardziej głęboko, i teraz próbują się wydostać. Piękni ludzie, wielu z których, gdybyś spotkał na zewnątrz, unikałbyś jak ognia, odwróciłbyś głowę, byleby nie patrzeć w oczy, przeszedłbyś na drugą stronę ulicy, a potem w pracy rozmawiałbyś ze znajomymi o tych zwyrolach, co nie mają Boga w sercu.

Ci, którzy mieli mniej szczęścia w życiu.

Ci, co dokonali kilku bardzo kiepskich wyborów.

Ci, Co krzywdzili innych.

Ale najbardziej samych siebie.

I teraz oni, którzy mogli przeżyć swoje życia bez jednej szczerej rozmowy, siedzą tu i smakują szczerości. Ze sobą. Z innymi. I różnie im ona smakuje.
Po trzech godzinach od emocji jest tak gęsto, że żeby dostać się na drugą stronę sali, musiałbym iść z maczetą.
Śmiech, płacz, pretensje, radość, wdzięczność, złość, rozczarowanie, miłość, niechęć. Walka. Pif, paf. Szczęk mieczy.

Niesamowity zaszczyt móc patrzeć, jak choć przez chwilę, przez sekundy, odkrywają tę ciężką, czarną zasłonę wyobrażeń i kłamstw, zaschnięty na beton kokon cierpienia, za którym są po prostu sobą. Tak żywi! Tak ludzcy! Tak prawdziwi.

Ale przede wszystkim widzę serca. Bijące, szalone, krwiste, wołające o miłość serca. Jakie ma każdy. Każdy człowiek.

 

Kiedyś po społeczności podszedł do mnie Artur. Niedawno przeszedł na hostel. Czyli skończył rok terapii w ośrodku, pracuje, powoli wraca do społeczeństwa. Konkretny facet.

Zapytałem co u niego.

– Aaa, wiesz, jakoś idzie – mówi do mnie. Pracuje, w hurtowni, chodzi do Kościoła, biega codziennie. Próbuje żyć jak wszyscy normalni ludzie.
Mówi:
– Wiesz, ja to wam zazdroszczę. Tobie, Marysi – Marysia to terapeutka, piękna dusza, dzięki której się tam znalazłem. – że macie tyle historii do opowiadania. Tu byliście, tam byliście, świata poznaliście, tyle widzieliście! I tego zazdroszczę. Bo ja mam taki problem, że kiedy już jestem z ludźmi, w grupie na jakiejś imprezie, czy coś, każdy coś tam opowiada, a ja nigdy nie wiem, co powiedzieć. Trochę wstyd. Bo co ja mam opowiadać?
– Serio?
– Naprawdę. O czym ja mam opowiadać? Że przepiłem życie?

Wiesz, stary, ja już mam czterdzieści lat. Mam żonę i dwie córeczki. Zostawiłem ich dla wódy i dragów. Teraz prawie nie mam z nimi kontaktu. Prawie nigdzie nie byłem. No, dobra, byłem w najgorszych miejscach, jakie możesz sobie wyobrazić. Czołgałem się w błocie na samym dnie życia. Robiłem rzeczy, których nie chcę pamiętać. Straciłem wszystko. Rodzinę, człowieczeństwo, szacunek ludzi. Szacunek dla samego siebie. I sam to wszystko zrobiłem. Sam sobie.

– Ale teraz przecież znów to odzyskujesz, prawda? Wracasz dla życia.

– Niby tak.

– I mówisz, że nie masz o czym opowiadać? – uśmiecham się. – Stary. Jak juz znów to będziesz miał, a głęboko wierzę, że odzyskasz to wszystko, krok za krokiem, to te moje opowieści przy twoich będą słabe jak pierdnięcie przy kolacji.

Bo byłeś tam, na najbrudniejszym dnie, wiesz jak to jest, odbiłeś się i teraz wiesz, jak się odbić. To, co było najgorsze, może być teraz twoją największą siłą. Mnie to inspiruje jak cholera.

Dajesz przykład, że można się zmienić. Że można spadać w przepaść, rozbić się na kawałeczki, połamać wszystkie kości, a potem, jeśli tylko znajdziesz w sobie wystarczająco dużo siły, można wstać, otrzepać się i znów iść.

Bo przecież wszyscy spadamy. Jedni bardziej, inni mniej.

Ale prędzej, czy później wszyscy spadamy.

 

I wtedy ten łysy, silny facet, który przeczołgał się przez piekło, uśmiechnął się jak nieśmiały, mały chłopiec. Za każdym razem, gdy tam jestem, najbardziej nie mogę przeboleć, że oni nie są w stanie zobaczyć jak wielką robią robotę. Jak wielcy, ogromni są w tej swojej walce. Bo przecież wszyscy kiedyś spadamy.

A tak mało kto z nas ma odwagę i siłę, żeby próbować zmienić swoje życie. Tak niewielu z nas potrafi zaprzeć się na środku rozszalałej rzeki, zawrócić i płynąć pod prąd. Wbrew wszystkiemu. Może i łatwiej jest, gdy już nie masz wyjścia. Gdy już nie ma nic do stracenia. Ale czy naprawdę łatwiej? Gdy zniszczyłeś wszystko, co mogłeś zniszczyć, a wokół jest tylko ciemność, ciemność i najgłębsza, najstraszliwsza niemoc i rozpacz. Łatwiej? Serio?
A można to zrobić. To się dzieje. Mówię o tych, którzy naprawdę chcą i próbują. Bo takich, którzy robią to naprawdę, wbrew pozorom nie ma tak wielu. Tych, co złapali te przerażające demony za mordy i zrobili z nich udomowione bestie do pilnowania obejścia. Tylko kilka procent wychodzi z tego na stałe.
Ale oni myślą o sobie: ćpuny, alkoholicy, śmiecie, gorsi, nic nie warci. I myślą, że nawet jak z tego wyjdą, do końca życia będą tylko cieniem normalnego człowieka. Ha! Tak bardzo bym chciał, żeby mogli choć przez chwilę zobaczyć siebie takimi, jakich ja ich widzę.


Pół godziny później dzwon na społeczność interwencyjną. Dzwoni się trzy razy. Oprócz stałych społeczności, każdy może w każdej chwili, jeśli jest taka potrzeba, wezwać społeczność interwencyjną.
W sali jest dużo mniej osób niż zwykle. Ktoś na przepustce, ktoś pracuje wyjazdowo.

Społę wezwał Marcin. Krótko ścięty, ma dwadzieścia lat, szczupły, choć chodzi jakby miał arbuzy pod pachami. Marcin. Ciekawy chłopak. Dwa miesiące wcześniej przez cały dzień razem przerzucaliśmy gnój w stajni. W momencie, w którym wezwał społeczność, był już trzy miesiące. Jest dużo lepiej, ale wciąż głęboko siedzi w starym życiu.

Niby tu, ale myślami na kibicowskich ustawkach, na dilowniach, w cudzych domach, szybkie życie, ekscytujące życie. Bijatyki, biznesy, alko, dragi, dopalacze, wszystko: trochę go poryło, zostały mu ekspresowo mrugające oczy, wykrzywione wargi.

Marcin: ciekawy, hermetyczny chłopak. Grubą, wysoką ścianę sobie wybudował między sobą a życiem. Ale pęka ta ściana, chwieje się, tynk powoli odpada. Od trzech dni chodzi nabuzowany. Dziś rano mówił, że wyjeżdża z ośrodka. To już drugi raz, od kiedy tam byłem. W zasadzie co chwilę ktoś odchodzi, wraca, grozi, że odejdzie, albo odchodzi naprawdę.
I teraz Marcin siedzi na krześle obok terapeutki. Pochyla się, łokcie opiera na kolanach, splata dłonie, jego twarz wykręca grymas. Waha się. Zaczyna. Żeby nie wyjść na słabego mówi, jakby czytał instrukcję odkurzacza.

– Wezwałem społeczność, bo… jest coś, co mnie męczy.

Rano chciałem wyjeżdżać. Trzy dni temu spojrzałem na kalendarz i… Zbyt dobrze pamiętam tę datę.

To było dokładnie rok temu. Mogliśmy zarobić 20 tys. do podziału na trzech. Długo nie myśleliśmy. Cały dzień wciągaliśmy jakieś ścierwo z dopalaczy. Niewiele kumałem. Kumpel miał samochód. Zapakowaliśmy ją do bagażnika. Była Ukrainką. Mieliśmy ją tylko przewieźć. W Niemczech mieli ją odebrać. Tylko tyle. Długo się nie zastanawialiśmy… – mówi, a jego głos łamie się. Ale tylko na chwilę. Po twarzy toczą się dwie, soczyste łzy. Patrzy w podłogę. Ale mówi dalej, zdecydowany powiedzieć wszystko. – I… wieźliśmy ją. Po drodze ćpaliśmy, robiliśmy sobie, kurwa, żarty z niej… Gdy zatrzymaliśmy się na stacji, oni… uderzyli ją. Parę razy. Ale lekko. Ja nie… Przysięgam!

Ja nie! Ja… stałem i patrzyłem – na policzkach wartki strumień. – Kurwa, stałem i patrzyłem się. Gdybym cokolwiek powiedział, zrobił, zajebaliby mnie przecież. I mieliśmy te dwadzieścia tysięcy.

Wtedy nie czułem. Wtedy zaćpałem to. I zapomniałem. Ale od kiedy zobaczyłem tę datę w kalendarzu, widzę ją cały czas. Widzę szczupłą twarz. Małe usta i długie jasne włosy. Widzę jej przerażenie. Jak płacze. Jak błaga nas, żebyśmy ją puścili. Jak powtarza: mamo.

Krzycząc, szepcząc. I nie wiem nawet, czy ona żyje. I myślę. Nie mogę przestać myśleć! Co się z nią działo przez ten rok? I myślę o jej mamie, która myślała, że jej córka jedzie do normalnej pracy. A ja ją zawiozłem do niemieckiego burdelu. Co ja, kurwa, zrobiłem?! To ja to zrobiłem… Nawet nie wiem, czy ona jeszcze żyje… Nie daję już rady. Nie wytrzymuję… Nie wiem, powiedzcie coś.

 

Głos złamał mu się zupełnie. Podnosi oczy i patrzy na nas i tym spojrzeniem błaga. Przez chwilę cisza. Ktoś się odzywa.

A potem zaczyna mówić Artur. Silnie, zdecydowanie. Takim głosem, że nawet gdyby mówił ci, że powinieneś założyć spodnie na głowę, pomyślałbyś, że może faktycznie, powinieneś.

Twardy, uczciwy, ojcowski głos, który stawia na nogi, klepie po plecach i popycha do przodu. Głos, na który czekasz w ciemności. Głos, który cię z niej wyprowadza.

– Słuchaj.

Zrobiłeś, co zrobiłeś, nie ma się czym chwalić. I teraz boli. I dobrze.

Bo ma, kurwa, boleć!

Teraz dopiero zaczynasz czuć. Kiedy ten cały syf zaczyna z ciebie schodzić. Trzeźwiejesz. Znowu zaczynasz być człowiekiem. I zaczynasz sobie uświadamiać te wszystkie rzeczy, jakie zrobiłeś. I boli. I świetnie! O to właśnie chodzi, żebyś zaczął czuć. I dał sobie prawo do tego. Daj sobie prawo do tego, żeby czuć to wszystko, od czego uciekałeś.

Daj sobie prawo, żeby znowu być człowiekiem.

Po prostu bądź. I czuj. Będzie boleć. I w najbliższym czasie wcale nie będzie lepiej. Bo to będzie wychodzić . I to nie będzie łatwe, nie będzie miłe, ani przyjemne. Ale to jedyna droga, żeby się od tego uwolnić. Przeżyć to, nie uciekać. Tak jak uciekałeś w te wszystkie gówna, znieczulacze.
Każdy z nas przez to przechodził. Każdy z nas robił takie rzeczy, których nie chce pamiętać, które najchętniej wyrzuciłby za siebie i udawał, że nigdy tego nie było. Ale zrobiliśmy to. I musimy się z tym zmierzyć. Każdy z nas popełniał błędy. Przecież wiesz.

Ale co było, to było.

Pytanie: co teraz? Teraz wszystko zależy od nas. Rano mówiłeś, że wyjeżdżasz. I co byś zrobił? Założę się, że pierwsze co byś zrobił po przyjeździe, to po prostu się zaćpał. Naładował się tym gównem, żeby znowu nie czuć. Znów zapomnieć. Tak by było?

– No tak. To najbardziej chcę teraz zrobić.

– No. I przez chwilę byłoby ci lżej. A potem znowu robiłbyś to samo. Chcesz tego? To twój wybór. To zawsze jest twój wybór. Ale chyba po to tu jesteś, żeby coś zmienić, prawda?

I to, co się teraz z Tobą dzieje, to wcale nie regres, tylko postęp. To musiało nastąpić. Musisz przeżyć to wszystko, to wszystko od czego uciekałeś. To jedyna droga do życia. I nie mam zamiaru cię tu głaskać po głowie, bo odwaliłeś kawał chujostwa.

Ale to już było. I od tego miejsca tylko od ciebie zależy, czy się zmienisz, przestaniesz krzywdzić siebie i ludzi, czy dalej będziesz uciekać. Przeszłość jest po to, żeby sobie z nią poradzić. Zmierz się z tym. Po to tu jesteś.

 

Marcin podniósł wzrok z linoleum na podłodze. Spojrzał w oczy Arturowi i podziękował mu. Całym sobą. A przynajmniej tak to wyglądało. Społa trwała jeszcze trochę. Ludzie mówili. Prawie wszyscy podobnie jak Artur. Po raz kolejny siedziałem zatkany głębią ich słów, myśli, uczuć. Po spole złapałem Artura na korytarzu. Położyłem mu rękę na ramieniu i uśmiechnąłem się szeroko.

– Stary. I ty się przejmujesz, że nie masz o czym mówić nie imprezach? Człowieku! Nawet nie wiesz, jaki masz dar! Co tam znaczy jakaś Hiszpania, Indie, czy inne Francje, gdy ty potrafisz powiedzieć coś takiego, że uratujesz komuś życie! I mówisz to, bo wiesz to. Bo przeżyłeś to. To dar, stary, wspaniały dar.

 

A potem, gdy stałem przed budynkiem i myślałem o tym wszystkim, pomyślałem, że smutne to, że czasem szukamy tego swojego daru całe życie, a nie potrafimy zobaczyć, że często jest tuż przed naszymi oczami. Tylko dlatego, bo nie jest taki, jak byśmy chcieli. I zazdrościmy, że ktoś tam potrafi pisać, ktoś tam malować, ktoś tańczyć i tak dalej. I tak bardzo nie doceniamy siebie. I darów, które dostaliśmy. I tylko dlatego, że trudno dzięki nim zdobyć popularność, uznanie, jeszcze trudniej na nich zarobić, bo nie są takie, jak w telewizji, nie takie jak inni by chcieli, a już na pewno nie takie, jak my byśmy chcieli.

I tak sobie stoję teraz przed budynkiem. Już nie pada. Teraz już tylko błękit. A wieczorem może znowu chmury. Marcin został w ośrodku. Artur wrócił do hostelu. Będą próbować. Będą upadać, będą wstawać. Będą czołgać się w rozpaczy i wyć z radości.

Będą chmury, burze, błękit, słońce, deszcz, grad, śnieg i znowu słońce i znowu błękit.

Będą przegrywać. Będą wygrywać.

Będą ludźmi.


0 komentarzy do “MONAR – spotkanie z ludźmi”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Spotkania

Maksio uczy się nazywać

Siedzimy z bratową na trawie. Słońce świeci, drzewa szumią, ptaki śpiewają. Z nami Maksio – jej dwu i pół letni syn a mój wielki nauczyciel. Biega, kręci się, ciągle coś robi, czymś się bawi. Dotyka, Read more...

Spotkania

Bycie w chwili

      A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale Read more...

Spotkania

Być w chwili

A mówili, że nie będzie burzy. Łazienki Królewskie. Zieleń jeszcze rozszalała, choć powoli już blednąca. Subtelny zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Gdzieś daleko w tle nigdy nie milknący krzyk miasta, ale na pierwszym planie Read more...