Od niedawna ćwiczę Aikido.

To sztuka walki pochodząca z Japonii. Polega głównie na obronie przy użycia siły atakującego. To przede wszystkim rzuty i dźwignie oraz praca z drewnianą imitacją broni.

Po jednym treningu Krav-magi (niezwykle skuteczny system samoobrony, który powstał w Izraelu) wyciągnąłem kilka niezwykle przydatnych chwytów do użycia na ulicy. Palce w oczy, pięścią buch w jaja i tego typu rzeczy. Wciąż je pamiętam i w każdej chwili jestem gotowy włożyć palce do oka jeśli trzeba.

Po miesiącu trenowania Aikido powoli zaczynam łapać najbardziej podstawowe podstawy. I prawdę powiedziawszy na tym etapie nie bardzo widzę tu uliczne zastosowanie.

Tylko, że Aikido nie jest po to, żeby się bić na ulicy. I nie po to tam poszedłem. Poszedłem tam po świadomość ciała i ruchu. Po pracę z energią. Tą zewnętrzną i wewnętrzną.
I chyba po pokorę przede wszystkim. Bo głównie to dostaję.

Gdy któryś trening z kolei kulam się po macie ze starszymi i młodziakami. I nie ogarniam. Rzadko kiedy nadążam za instrukcjami, wciąż gubię się w ruchach, nie zapamiętuję sekwencji.
Czasem stoję bezradnie, bo zapętlam się w głowie i totalnie nie wiem, co robić.

Mimo to robię swoje i w miarę możliwości nie daję uwagi myślom, że pewnie jestem najgorszy i nikt nie chce ze mną ćwiczyć w parze. Ale różnie bywa.

Póki co zdałem sobie sprawę jak wbrew moim wyobrażeniom niewiele mam tej świadomości ciała i jak trudno mi zachować nieporuszoną uwagę w natłoku myśli.

Jednak ciągnie mnie tam.
Raz, że prawda jest taka, że zawsze chciałem być samurajem.
Może to też przekorna upartość, która nie pozwala mi się poddać tak łatwo (czy samuraj by się poddał?!).
Ale też to doświadczenie jest zbyt uczące, żeby rezygnować.
Gdy któryś trening z rzędu mam wrażenie, że jest niewiele lepiej. Gdy nauczycielka prosi, żeby ktoś się mną zaopiekował, żebym dał radę przez nieco bardziej skomplikowaną sekwencję, a ja dopisuję sobie do tego historię, że to dlatego, bo jestem aż tak słaby. Gdy trudno mi uwierzyć, że tutaj właśnie tak dba się o nowe osoby.
Większość osób, które ćwiczyło ze mną, cierpliwie tłumaczyło mi i pomagało załapać o co chodzi z tymi ruchami.
Czułem ogromną radość, gdy jakoś udawało mi się otworzyć na myśl, że to w porządku, że mogę nie umieć. I na przyjmowanie pomocy z wdzięcznością.

Pokazuje mi to drogę, którą przeszedłem i po której cały czas idę. Wiele lat temu ćwiczyłem Muay-thay (tajski boks). Moja praktyka tego sportu całkiem nieźle oddawało mój stosunek do siebie samego i świata.
Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na obijaniu ciała, głównie nóg, tak żeby utwardzić się do granic. Walki były na wyniszczenie. Czyja noga pierwsza odpadnie z bólu. Dzięki niezwykłej prostocie i skuteczności tego stylu ludzie z naszego klubu wygrywali większość zawodów, na które jeździli.
Treningi dawały mi dużo satysfakcji. Poza tym, że generalnie od zawsze uwielbiam sporty walki, to miałem wrażenie siły.

Wtedy jak i niemal przez całe życie szukałem siły, żeby w końcu przestać się bać. Żeby nie bać się dresów na ulicy. Nie bać się odrzucenia. Krzywdy. Braku kontroli. Żeby być cool. Żeby wreszcie zasłużyć na szacunek i miłość. Całym sobą wierzyłem, że do tego potrzebuję siły mięśni.

Zwykle ćwiczyłem po to, żeby być najbardziej zajebistym i czerpać przyjemność nie tylko z ćwiczeń, ale chyba przede wszystkim z wygranej.
Między innymi dlatego tak ciągnęło mnie do sportów walki: bo widziałem to jako przestrzeń, gdzie dzięki twardej pracy i systematyczności, możesz stać się najlepszy. Czyli lepszy od innych. I miałem takie wyobrażenie, że z ludźmi wokół łączy nas to, że wszyscy tego chcemy.

Przeszła mi przez głowę myśl, że gdybym już teraz był w Aikido wymiataczem, nie chciałoby mi się trenować z kimś takim jak ja na macie, bo nie mógłbym rozwijać własnych umiejętności.

Tylko, że to nie byłoby Aikido.

Wciąż powoli i w bólach uświadamiam sobie, że pragnienie bycia lepszym od innych to chęć zaspokojenia czegoś, czego nie da się tym zaspokoić. Mięśnie ani wiedza nie dają poczucia wartości ani wewnętrznego ukojenia. Siła nie zabiera lęku. Umiejętności nie dają kontroli.

Niełatwo jest mi odpuścić obraz siebie jako tego, co zawsze ogarnia i bryluje na salonach swoją zajebistością. Ta bardziej mroczna część mnie najchętniej widziałaby siebie jako najmądrzejszego i najbardziej sprawnego w sztukach życia.

Dać sobie prawo do bycia słabym. Nie umieć. Nie wiedzieć. Nawet najbardziej ze wszystkich wokół.
To wciąż coś, czego bardzo się boję.

Po kolejnym treningu, kiedy ktoś został specjalnie proszony, żeby się mną zająć, okazało się, że po nas na matę wchodzą ludzie z Krav-magi.
Przez moment poczułem się głupio. Spytałem siebie w myślach: co ja tu robię z tymi młodzikami?
Krav-maga była dla mnie symbolem szybko zdobytej potężnej siły i skuteczności.
I wiem, że jest część mnie, która właśnie tego chce. Być silnym, skutecznym i potężnym.
Pytanie, czemu ta siła ma służyć.

Po to, żeby być lepszym od innych?
Czym jest siła tylko dla siły, jeśli nie pustą, świecącą skorupą pozbawianą sensu?

Po co nam siła i skuteczność, jeśli nie potrafimy kochać?
Po co nam podróże, księżyc i nieśmiertelność, skoro nie potrafimy zadbać o siebie i planetę, która dała nam życie?
Po co nam najnowsze technologie, gdy wciąż nie potrafimy szczerze rozmawiać ze sobą i uśmiechać do siebie z życzliwością?
Po co nam władza nad światem, gdy nawet ze swoją najbliższą rodziną nie potrafimy sobie poradzić?

Na chuj nam to wszystko, gdy nie potrafimy wziąć za to odpowiedzialności?

Siła też jest potrzebna. Ale jak wszystko ma dwie strony: może tworzyć, bronić miłości i siać szacunek. Może też niszczyć i ranić.

Mam wrażenie, że o tym jest Aikido.

Moja niecierpliwość i zachłanność nie lubi tego przyznawać, ale prawdziwa Moc przychodzi powoli. Z systematyczną mierzenia się ze swoimi największymi lękami i nauką ucieleśnionej miłości, która przejawia się w materii.
Dla mnie to wciąż między innymi odsłanianie przed światem swojego miękkiego podbrzusza. Świadome zdejmowanie zbroi. Dyscyplina w odpuszczaniu skupienia na sobie i swoich neurotycznych myślach, porzucania oczekiwań wobec świata i czyste dawanie siebie innym. Czasem mi to zupełnie nie wychodzi.

Starsi uczniowie pomagając mi i dbając o mnie na macie być może sprawili, że nie zapadałem się w myśli o bezsensie uczenia się tej trudnej sztuki. Dali mi motywację, że warto tam przychodzić i pomimo trudności, dostanę wsparcie. Być może dzięki nim zostałem.
W tamtej chwili pomogli mi załapać to, czego ja sam nie byłem w stanie:
Że to nie jest wyścig.
I że najszybciej dojdziemy tam RAZEM.

I jeśli tylko tego miałbym się tam nauczyć – warto każdej chwili.

W kategorii: Teksty Inspiracje

0 komentarzy do “Aikido”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Teksty Inspiracje

Medytacja przy zmywaku

Stoję przy zlewie. Myję naczynia. Z kranu leci woda. W głowie potok myśli. Jak to zwykle u mnie w takich sytuacjach, myślę o tym i o tamtym: co u Mariana, gdzie na obiad, po co Read more...

Moja twórczość

Mądrość Ziemi

Ślęża. Twarda i kamienista ścieżka pod górę. Pomiędzy drzewami mgła. Coś odwiecznego w tym mrocznym spotkaniu lasu z niebem. Zatrzymuję się i wsłuchuję w ciężki oddech. Czuję ciepły pot na plecach. Patrzę w lewo. Drzewo. Read more...

Teksty Inspiracje

Zazdrość

Byłem w górach. Przedtem byłem na facebooku. Pokazywałem znajomej fanpage mojego brata, Piotrka, który robi tatuaże. Dawno tam nie byłem. Patrzę, a tam co zdjęcie, to tysiąc lajków (no, prawie) i serie propsujących komentarzy. I Read more...