Podobno najtrudniej na świecie jest poruszyć status quo.

Czuję ostatnio czasem dużo strachu. I dużo bezsilności, gdy myślę o świecie.
Gdy myślę o tym, co się dzieje, co może się dziać na ulicach, chodnikach, zakładach pracy, centrach handlowych, telewizorach, w głowach i sercach.
Choć jest ogrom, morza, wspaniałych inicjatyw i coraz więcej widzę i czuję pięknych, odważnych, czujących, odpowiedzialnych i skutecznych ludzi, coraz bardziej mam wrażenie, że to wyspy, morza nawet otaczane jednak przez oceany rozkładu. I trudno mi ostatnio myśleć o świecie i wierzyć, że wszystko będzie OK.
Czasem mam poczucie bezsensu i bezsilności. I nie tylko gdy myślę o świecie. Też gdy myślę o sobie, o relacjach, o nas. O zmianie. O dorastaniu i odzyskiwaniu swojej mocy życiowej.
I mam poczucie jakby te nasze zmagania były jak pojedynek odważnego wieśniaka z wielkim smokiem. Na każde pełne pasji machnięcie widłami, przypada atak wielką opancerzoną łapą. Na każdy okrzyk bojowy, zionięcie ogniem. Na każdą akcje społeczną przypada nowa fabryka albo duża korporacja. Na każdy duży protest zwykłych ludzi, jakaś wojna i masakra gdzieś na świecie. Na każdą eko-zmianę konsumencką, jedno nowe centrum handlowe.
Wydaje się, że łuska smoka nawet jeśli naruszona, po chwili zarasta się. Na miejsce odciętej głowy wyrastają trzy nowe. Podziemne światy zdają się nie mieć końca.

Niedawno prowadziłem warsztaty z komunikacji w Domu Pomocy Społecznej.
Z jednej strony czułem ogromną radość, bo miałem poczucie, że mogę dzielić się wiedzą i narzędziami w miejscu, które naprawdę tego potrzebuje. Radość, bo kobiety, które tam pracują, robią naprawdę ważną, a jednocześnie bardzo niewdzięczną robotę. W głębi (przynajmniej większość z nich) robi, co może. Zajmują się ludźmi, którymi już nikt nie chce się zajmować. Umożliwiają im życie. Ludziom, z których niektórzy je wyzywają, przeszkadzają w wykonywaniu pracy. Z drugiej to było trudne dla mnie doświadczenie.

Były rozgoryczone. Bardzo. Przez większość czasu po prostu słuchałem je. Bo i też miałem wrażenie, że nikt nie słuchał z szacunkiem ich od dawna: ich potrzeb, ich gniewu i bólu. Być może nigdy tak naprawdę.
Ich bólu na brak poczucia bycia szanowanymi, docenianymi, ważnymi.
Często sprawdzało się do tego, żeby ktoś od czasu do czasu powiedział im „dziękuję”, „dobra robota”, pochwalił za kawał ciężkiej pracy, a one potem znów zakasałyby rękawy i robiły swoją robotę, którą przynajmniej część z nich robiła z sercem.
Ogromna radość i wdzięczność była we mnie, że mogłem tam być i oddać choć trochę szacunku tym bohaterkom dnia codziennego. I też złość na nie, choć tego akurat się wstydzę.
Narzekały. Dużo narzekały. Tak to nazwę, tak. Dużą część warsztatu stanowiło zamienianie narzekania i obwiniania w nazywanie potrzeb stojących za nimi.

Czego chcecie? Czego potrzebujecie?
O! to jest trudne! Zwłaszcza jeśli robisz to po raz pierwszy np. po 50 latach życia, nigdy nie nie byłeś na warsztacie rozwojowym, nikt cię o to nie zapytał i żyjesz życiem, w którym zdaje się, że nie ma innych możliwości. Nie widzisz nic innego. Najczęściej dlatego, że nikt ci nie pokazał nic innego, a nie miałaś tyle szczęścia, żeby ciekawość zaprowadziła cię za kurtynę, żeby zobaczyć to samemu. To ogromny, naprawdę ogromny sukces powiedzieć, czego chcę.
Czego chcę? Nazwać choć jedną rzecz, jedną potrzebę i poczuć ciałem i duchem jej brak, to akt ogromnej odwagi. I one w którymś momencie to zrobiły.
Chcę szacunku. Chcę doceniania. Chcę być ważna.

Ok, super! Co to dla was dokładnie znaczy? Jak możecie to dostać? Co zrobicie, żeby o to zadbać?
Bo kto ma o to zadbać jak nie wy? Kierownictwo? Uczestnicy? Oni mają swoje niezaspokojone potrzeby i swój gniew i strach. I tak doszliśmy, że żyjemy w kraju, w którym większość ludzi żyje przez całe życie nie mając zaspokojonych podstawowych potrzeb (w pracy przynajmniej): szacunku, bycia ważnym, branym pod uwagę, kreatywności, docenienia, przynależności, wspólnoty, itp.
Oni też tak mają. Inni mają też tak, jak ja.

Czy potrafisz zobaczyć drugiego człowieka jak siebie? Jego potrzeby?
I tu blok, mur, ściana. Dlaczego ja mam widzieć jego potrzeby, gdy on ma w dupie moje?
Dalej okazuje się, że pracownice ośrodka są skłócone między sobą. Obgadują się, gdy jedna na spotkaniach odważa się wychylić, reszta milczy, choć umawiały się inaczej.

Pytam o możliwości, rozwiązania.
A one mają setki historii na temat tego, dlaczego nic nie można zrobić, to się nie uda, nikt ich nie wysłucha. Proponuję ćwiczenia: sprawdzimy, zobaczymy, poszukamy możliwości.
Mur. Nie chcą. To i tak się nie uda.
Pytam jakie uczucie jest pod tymi historiami: gniew, smutek, radość, strach?
Strach – mówią te, co mają odwagę.
Strach że?
Przez chwilę cisza.
Strach, że się ośmieszymy, że nas zignorują, że się nie uda, że stracimy przez to twarz (Jezu! – teraz sobie myślę, one naprawdę to zrobiły! Przyznały się do strachu i nazwały go! Panie z DPSu! Wow)
Więc te historie o tym, że się nie uda, to prawda, czy raczej sposób, żeby nie konfrontować się ze strachem i nie ryzykować, że sprawdzą się czarne scenariusze?
To drugie – mówi większość. (i to pierwsze – mówią niektóre.)
Skąd możecie wiedzieć jak będzie, jeśli nie spróbujecie?
Nie możemy wiedzieć – mówią.
I w tej chwili właśnie widzę to! Tak jak widziałem to kilka razy w trakcie warsztatu!
Widzę szczelinę, jasną, rozległą, piękną szczelinę w tym murze przekonań. W tej fortecy historii o świecie, które z bólu stworzyły, żeby nie musieć cierpieć. Widzę szczelinę i światło, które się przez nią sączy. Idę za ciosem.

Chcecie spróbować?
Nie.
Szczelina zamyka się z głośnym trzaskiem! I siłą jak wielkie głazy zgniatane grawitacją.
Panie Marcinie – powiedziała sympatyczna, starsza kobieta, bardzo elegancka, liderka w grupie – trafia to do mnie, ale ja tu pracuję 24 lata. Widziałam bardzo wiele i ja nie wierzę, że coś się zmieni. Ja nawet nie chcę już próbować.
W Possibility Managemencie mówi się, że najtrudniej ze wszystkiego we Wszechświecie jest zmienić status quo. I że najtwardszą rzeczą są nasze mechanizmy obronne. Dużo twardsze niż diamenty. Moje też.

Opadłem bez sił na krzesło skrępowany bezsilnością. Wiem, że to nieprofesjonalne. Ale tak poczułem.
Mam poczucie, że tym właśnie jest stary porządek: zbiorem w większości wartościowych ludzi, którzy robią to, co mogą, najlepiej jak potrafią: ludzie o wielkim doświadczeniu, pięknych jakościach, którzy tak długo nie wierzą, że cokolwiek może się zmienić i tak bardzo boją się, że będzie gorzej, że większość swojej energii wkładają w to, żeby udowodnić, że nic nie da się zrobić ani niczego zmienić.
Podziękowałem im szczerze za odwagę zaglądania w siebie.
To była piękna i trudna wspólna podróż.
Na koniec zapytałem je i siebie samego:
Jak możemy zmienić coś, co zmienić tak trudno,
jeśli sami nie wierzymy, że to możliwe?

Zmiana jest możliwa.


0 komentarzy do “Status Quo”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy

Rozmowy z Wujciem Włodziem

Pasja

Dzisiaj zainspirował mnie Kuba. Kuba siedzi na drewnianym krześle w kuchni swojego mieszkania we Wrocławiu i opowiada. O bębnach, o sztuce, o nauce, o słuchaniu, o życiu. Dosłownie, metaforycznie. Z każdej strony, jak tylko chcesz. Read more...

Relacje

Granice osobiste w relacjach cz. 1

Ogromna większość ludzi wychowuje się w świecie, w którym od dzieciństwa nieustannie przekracza się, łamie i gwałci granice. Mówiąc nam, co mamy robić. Jak żyć. Co jest dobre, a co złe. Wmawiając nam, jakie myślenie Read more...

Rozmowy z Wujciem Włodziem

Jak masz na imię?

– Jak masz na imię? – Marcin. – Nie pytam, jak cię nazywają. Tylko jak masz na imię. – Hm – mruknąłem. Oho, pomyślałem, no to się zaczyna.  – Ale że co? – Nazywają cię Read more...